Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 229 116 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Do końca roku zostało

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 14517
Wpisy
  • liczba: 198
Bloog istnieje od: 2402 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl

Kategorie

"Oszołomy" miały rację

sobota, 30 października 2010 0:13

Recenzja książki: „Komunizm w Polsce. Zdrada. Zbrodnie. Zakłamanie. Zniewolenie".

 

        Na półki księgarń parę lat temu trafiła, wydana przez Wydawnictwo Kluszczyński, książka pt. „Komunizm w Polsce. Zdrada. Zbrodnie. Zakłamanie. Zniewolenie". Autorami są pracownicy Uniwersytetu Jagiellońskiego i krakowskiego oddziału IPN: Włodzimierz Bernacki, Henryk Głębocki, Maciej Korkuć, Filip Musiał, Jarosław Szarek i Zdzisław Zblewski. Od wydania tej pracy minęło sporo czasu, warto jednak zapoznać się z  jej treścią.


        Praca jest popularnonaukowym wykładem o dziejach komunistów na ziemiach polskich i w Polsce od końca XIX po pierwsze lata XXI w. W przeciwieństwie do wielu publikacji poświęconych historii Polski w okresie powojennym, w których ograniczano się niemal wyłącznie do opisu wydarzeń, autorzy omawianej książki nie unikali ocen wartościujących: na kartach pada szereg jednoznacznie negatywnie ocen systemu komunistycznego i komunistów.


        Najbardziej interesujący jest ostatni rozdział pracy pt. „W III Rzeczypospolitej - postkomuniści (1989-2005)". Jego autorami są F. Musiał i J. Szarek. Opis historyków analizujących działania komunistów w ciągu ostatnich 17 lat i ukazany przez nich stan państwa polskiego jest podobny do diagnozy tych publicystów i polityków, których „jedynie słuszne media" i „autorytety" okrzyczały jako „oszołomów", „chorych z nienawiści" itp. Temu fragmentowi pracy zostanie poświęcone w dalszej części recenzji najwięcej miejsca.


        Omawiając działalność komunistów w II Rzeczypospolitej podkreślono, że Komunistyczna Partia Polski była agenturą sowiecką, której głównym celem była likwidacja niepodległej Polski. Przypomniano podejmowane przez komunistów działania wymierzone w państwo polskie, m. in.: przygotowania do zamachu na Piłsudskiego, akcje dywersyjne na kresach (w tym napad na Stołpce latem 1924 r.), podsycanie wystąpień antypolskich Białorusinów i Ukraińców, działalność wywiadowczą prowadzoną na rzecz ZSRS. Wspomniano też o zamachach terrorystycznych, m. in. o zorganizowanym, przy pomocy sowieckiego poselstwa, 13 X 1923 r., zamachu w warszawskiej cytadeli, w wyniku którego zginęło kilkanaście osób.


        Wiele miejsca poświęcono okresowi II wojny światowej. Współpracę tzw. lewicowej inteligencji (m. in. Ważyka, Leca, Boya-Żeleńskiego) z sowieckimi gadzinówkami w okupowanym przez ZSRS Lwowie nie zawahano się określić jako kolaborację. Zaprzeczono kłamstwu powtarzanemu przez ostatnie kilkadziesiąt lat jakoby Polską Partię Robotniczą utworzono na początku stycznia 1942 r. w okupowanej Polsce. W rzeczywistości PPR powstała w sierpniu 1941 w Moskwie. Była to agentura sowiecka, której celem było wywołania powstania na okupowanych przez Niemcy ziemiach polskich dla odciążenia frontu sowiecko-niemieckiego. Przypomniano, iż Bierut (pseudonim „Iwańczuk"), Loga-Sowiński („Grigorij 84"), Moczar (Woron), Żymierski podjęli współpracę z sowieckimi służbami specjalnymi. Autorzy krytycznie ocenili siłę bojową Gwardii Ludowej, która składała się w dużej części z kryminalistów i jeńców sowieckich zbiegłych z obozów.  Przypomniano akcje zbrojne Armii Ludowej i partyzantki sowieckiej przeciw Armii Krajowej. Podjęto też wątek współpracy PPR i gestapo przy zwalczaniu Państwa Podziemnego. Najbardziej jaskrawym przykładem tego współdziałania była przeprowadzona wspólnie, przez PPR i gestapo, akcja przejęcie Archiwum Delegatury Rządu. Korzystnie oceniono Narodowe Siły Zbrojne. Przypomniano zasługi NSZ w zwalczaniu, nękających ludność cywilną, oddziałów zbrojnych kierowanych przez komunistów.


        Kolejne rozdziały poświęcono okresowi 1945-1989. Na kartach padają jednoznaczne słowa potępienia osób zaangażowanych w system komunistyczny, również tych, którzy w pewnym momencie stali się ofiarami systemu. Np. oficerów sądzonych w procesach pokazowych, tzw. sprawa TUN (proces Tatara, Utnika i Nowickiego), określono jako „zdrajców sprawy polski". Przypomniano zaangażowanie w system stalinowski tzw. „twórców kultury" np. Wisławy Szymborskiej i Sławomira Mrożka. Na podkreślenie zasługuje, zastąpienie (ukutego przez propagandę komunistów) eufemizmu „wydarzenia poznańskie" określeniem Powstanie Poznańskie. Uwagę zwraca rzeczowe potraktowanie Marca 1968: bez histerii i dorabianej ideologii. Np. tzw. komandosów marcowych określono jako wewnątrzkomunistyczną koterię. Autorzy nie przypisali Polakom antysemityzmu. Kampanię antysyjonistyczną 1968 r. określono jako sztucznie rozdętą. Nowością jest potraktowanie Komitetu Obrony Robotników na równi z innymi organizacjami opozycyjnymi: Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela, Ruchem Młodej Polski, Konfederacją Polski Niepodległej.


        W pracy obszernie naświetlono działania komunistów podczas tzw. szesnastu miesięcy Solidarności, a przede wszystkim przygotowania do wprowadzenie stanu wojennego. Przytoczono, bardzo ważną dla dyskusji nad możliwością wkroczenia wojsk sowieckich do Polski w 1981 r., wypowiedź Jurija Andropowa z posiedzenia Biura Politycznego KPZR z 10 XII 1981 r.:  „Nie możemy ryzykować. Nie mamy zamiaru wprowadzać wojsk do Polski. Jest to stanowisko słuszne i musimy trzymać się go do końca. Nie wiemy, jak rozstrzygnie się sprawa, ale nawet jeżeli Polska dostanie się pod władze »Solidarności«, to będzie to tylko tyle. Jeśli zaś przeciw ZSRS zwrócą się kraje kapitalistyczne, które już zawarły między sobą w tej sprawie porozumienie, opatrzone rozmaitymi ekonomicznymi i politycznymi sankcjami, będzie to dla nas bardzo niebezpieczne. Musimy się troszczyć o nasz kraj, o wzmocnienie Związku Sowieckiego. To dla nas sprawa najważniejsza".


        W omawianej publikacji, zgodnie z obecnym stanem badań, obrady okrągłego stołu jawią się jako z góry zaplanowany, przez komunistów i niemal w całości zrealizowany manewr polityczny, polegający na porozumieniu, na swoich warunkach, z wybraną częścią opozycji. Jego celem było podzielenie się z opozycją odpowiedzialnością za skutki wprowadzanych zmian gospodarczych i uniknięcie grożącego wybuchu społecznego niezadowolenia, którego, jak przewidywali komuniści, władze nie będą w stanie kontrolować. Wspomniano o operacji SB o kryptonimie „Żądło" mającej na celu wzmocnienie „konstruktywnej opozycji". Na tle ustępstw w sprawie listy krajowej podczas czerwcowych wyborów do parlamentu i pomocy w wyborze Jaruzelskiego na urząd prezydenta, kierującym „konstruktywną opozycją", zarzucono, iż ważniejsze dla nich od „demokratycznych procedur i woli narodu były zawarte ustalenia i lojalność wobec partnerów okrągło stołowego układu".


        Nie pominięto działań służb specjalnych PRL z tego okresu. M. in. przytoczono wypowiedź Kiszczaka kreślącego, podczas odprawy kadry kierowniczej MSW, cele ministerstwa na rok 1989. „SB może i powinna kreować różne towarzyszenia, kluby, czy nawet partie polityczne, głęboko infiltrować istniejące. Gremia kierownicze tych organizacji, na szczeblu centralnym i wojewódzkim, a także na szczeblach podstawowych muszą być przez nas operacyjnie opanowane. Musimy sobie zapewnić operacyjne możliwości oddziaływania na te organizacje, kreowania ich działalności i polityki".


        Bez entuzjazmu autorzy podeszli do III RP. W pracy czytamy: „zamiast odbudowy niepodległej Polski rozpoczęła się naprawa struktur peerelowskich". Zwrócono uwagę na rozpoczęte pod koniec lat osiemdziesiątych przejmowanie własności państwowej przez ludzi należących do aparatu władz komunistycznych. Przytoczono dane, z których wynika, iż w tym okresie powstały 1593 tzw. spółki nomenklaturowe żerujące na państwowym majątku. Ich funkcjonowanie umożliwiło uwłaszczenie tysięcy funkcjonariuszy aparatu PZPR. „W przeprowadzonych w 1993 roku badaniach na temat elit w państwach postkomunistycznych okazało się, że 49 proc. najwyższych stanowisk w polskiej gospodarce zajmują osoby, które takiej samej rangi pozycje zajmowały w PRL, a kolejne 33 proc. członków najwyższej elity to ludzie, którzy sprawowali wówczas nieco niższe stanowiska kierownicze" - czytamy w pracy.


        Autorzy podjęli próbę wyjaśnienia przyczyn, które zdecydował, że część opozycjonistów o poglądach lewicowych, stała się po 1989 r. przeciwnikami rozliczenia z okresem komunizmu w Polsce: „Niechęć do rozliczania totalitarnej partii i państwa wiąże się często z tym, że część wpływowych osób z establishmentu, o solidarnościowej przeszłości, polityczną aktywność rozpoczynała w szeregach partii komunistycznej, niekiedy jeszcze przed 1956 rokiem. Rzadko wspomina się, że do PZPR należeli Bronisław Geremek, Leszek Balcerowicz, Jacek Kuroń. Dla tego środowiska zafascynowanego w młodości marksizmem symbolicznym początkiem walki o demokrację były przemiany 1956 roku, a dla młodszego pokolenia Marzec'68. Tradycja walki niepodległościowej reprezentowana prze Armię Krajową, Zrzeszenie »Wolność i Niezawisłość« czy »żołnierzy wyklętych« była im odległa. Ich walka z systemem komunistycznym nie była dążeniem do przywrócenia ideałów II Rzeczypospolitej, ale miała na celu reformę systemu i budowę »socjalizmu z ludzką twarzą«. W naturalny sposób właśnie te osoby stawały się, dla władzy partnerami do rozmów, stanowiąc nurt opozycji, który kierował się nie chęcią obalenie rządów komunistycznych, ale dążeniem do porozumienia i daleko posuniętej ugody, czego zwieńczeniem i symboliczną ilustracją stała się dla środowiska Adama Michnika fraternizacja z byłymi aktywistami PZPR i opisywane w mediach przyjęcia z Jaruzelskim, Kiszczakiem, Urbanem, Millerem i Kwaśniewskim. Symbolem tego procesu są słowa Michnika wypowiedziane w 1993 roku podczas promocji książki Jaruzelskiego w Paryżu: »odpieprzcie się od generała«. Realia państwa demokratycznego pokazały, że dawnej lewicy demokratycznej ideowo bliżej jest do autorów stanu wojennego niż do ówczesnych kolegów z więziennej celi. Łączył ich również strach przed społeczeństwem uważanym za ciemne, ksenofobiczne i nieobliczalne. »Typowe dla nich jest przekonanie, że można rządzić na podstawie elit. Że zwykłych wyborców pyta się o zdanie niechętnie« - opisuje to środowisko Ryszard Bugaj, który na początku lat 90. podjął nieudaną próbę tworzenia niekomunistycznej lewicy".


        Odnotowano tworzoną przez wielu polityków i publicystów w III RP atmosferę rozmywania odpowiedzialności za istnienie i funkcjonowanie systemu komunistycznego w Polsce: „przekonano... opinię publiczną, że wszyscy są jednakowo odpowiedzialni za PRL (»wszyscy byli umoczeni«). W takiej atmosferze godnymi naśladowania wzorcami nie stali się ci, którzy całym swoim życiem i niezłomną postawą dawali heroiczne świadectwo wierności Polsce Niepodległej. Wykreowano natomiast »autorytety«, których życiorysy były niejednoznaczne i które zawsze w przeszłości służyły systemowi komunistycznemu. Ikonami życia intelektualnego stali się Leszek Kołakowski, Andrzej Szczypiorski, Czesław Miłosz, Wisława Szymborska. Ich wybory od żarliwego marksizmu do kontestacji komunizmu symbolizowały drogę życiową tego środowiska. Życiorysy nowych autorytetów miały przekonać opinię publiczną, że członkostwo w PZPR nawet w najczarniejszym okresie stalinowskim nie jest rzeczą naganną, wstydliwą ani hańbiącą."


        Poruszono problem zaniechania, po 1989 r., dekomunizacji, tzw. lustracji i histerii jaką wywołano wokół tych problemów. „Pogrobowcy PZPR sojuszników znaleźli w części środowisk uczestniczących w obradach Okrągłego Stołu. Nie należy wykluczyć, że wiązało się to z faktem, iż niektóre autorytety tego środowiska, np. Bronisław Geremek czy Jacek Kuroń, w przeszłości należały do PZPR i w jakiejś formie mogłyby być także dotknięte ewentualną ustawą dekomunizacyjną. Głównym argumentem w sporze dekomunizacyjnym stosowanym przez postkomunistów i ich sojuszników był straszak »krwawej łaźni«, jaka miała grozić po »rozpętaniu antykomunistycznej nagonki«. Podkreślano zarazem, że standardy państwa demokratycznego nie pozwalają na jej przeprowadzenie. Ostatecznym argumentem było wskazanie na Okrągły Stół jako efekt prodemokratycznych dążeń części komunistycznych aktywistów. Ahistorycyzm tej argumentacji - sprzecznej z dążeniami członków PZPR w latach 80. i komunistyczną wizją Okrągłego Stołu - nie przeszkadzał jej głosicielom". O sposobach skompromitowania idei tzw. lustracji napisano: „Argumentacja jej przeciwników, poza próbami zdyskredytowania akt jako wiarygodnego źródła historycznego, ogniskuje się wokół prób moralnego napiętnowania tych, którzy dążą do ujawnienia prawdy. W dyskusji medialnej obrońcy byłej komunistycznej agentury starają się przekonać opinię publiczną, że kolaboracja z komunistami zniewalającymi Polskę nie była moralnie naganna, a napiętnowania wymaga dążność do ujawnienia personaliów tych, którzy Polskę zdradzili."


        W publikacji nie brak odniesień do wydarzeń sprzed kilku miesięcy. W sferze zainteresowania historyków znalazło się powołanie Partii Demokratycznej łączącej środowisko Unii Wolności i części byłych działaczy PZPR. „Jak twierdzą złośliwi dojdzie do zjednoczenia »różowego salonu« od dawna funkcjonującego w ideowym sojuszu. Powstanie tej formacji można uznać za przeciwwagę dla koncepcji budowy IV Rzeczypospolitej" - piszą autorzy „Komunizmu w Polsce".


        Nie pominięto pijaństwa Kwaśniewskiego, jego drwin z Papieża, afer gospodarczych dotyczących postkomunistów, wspomniano też o odwołaniu w atmosferze histerii rządu Jana Olszewskiego. Zwrócono uwagę na duży udział komunistów w świecie mediów i szczególną rolę „Gazety Wyborczej" wyznaczającej główny nurt propagandy: „Dawni partyjni aparatczycy w nowej sytuacji zostali prezesami i właścicielami wydawnictw, drukarni, redaktorami naczelnymi nowych tytułów, szefami agencji reklamowych i kolportażowych. Niektórzy nadal pracowali w gazetach, pisali komentarze, tym razem już nie pod dyktando KC PZPR, ale »Gazety Wyborczej«, rozprawiając się z »rozpolitykowanym Kościołem« czy zwolennikami dekomunizacji i lustracji, ale omijając z daleka tematy krytyczne dla lewicy".


        To tylko część zagadnień poruszonych w pracy. Bardziej wymagającego czytelnika rażą czasem użyte zbyt potoczne sformułowania i błędy. Np. w 1927 r. istniał ZSRS a nie Rosja, oficjalną nazwą armii w PRL było Wojsko Polskie a nie LWP. „Efekt medialny" brzmi trochę obco przy opisie sytuacji w Polsce pod rządami komunistów. Powstanie Warszawskie rozpoczęto. Użyty w pracy czasownik „wybuchło" nasuwa skojarzenie, iż Powstanie było spontanicznym zrywem, a nie zaplanowanym działaniem. Wydaje się, że zasadne byłoby wzięcie słów Rewolucja Październikowa w cudzysłów. Jaroszewicz został zamordowany, a nie zmarł. Warto byłoby też ukazując działanie komunistów (również te zbrodnicze) wskazać na źródła je inspirujące, a które tkwią w ideologii stworzonej przez Marsa i Engelsa. Za to dowiadujemy się, że Marks by brudasem żyjącym na koszt swojej żony.


        Zachęcam do zapoznania się z publikacją. Pozostaje cieszyć się, że traci monopol wizja historii Polski autorstwa salonowych publicystów i historyków.


 

(Zapraszam do galerii obrazów A. Horopa, patrz: Moje ulubione blogi)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Gdy ucichły strzały

wtorek, 26 października 2010 21:22

       Ryszard C., osobnik, który zamordował Marka Rosiaka, asystenta europosła PiS Janusza Wojciechowskiego i ciężko ranił nożem asystenta posła Jarosława Jagiełły - Pawła Kowalskiego, wykrzykiwał, co uchwyciły kamery, że chciał zabić Jarosława Kaczyńskiego i, że nienawidzi PiS. Politycy Prawa i Sprawiedliwości zwrócili się z prośbą do Policji o objęcie ochroną siedzib swojej partii. Wówczas rzecznik prasowy Policji oświadczył, że nie ma sygnałów o zagrożeniach.


        Padł jednak rozkaz, że „to mógł być każdy". Dziennikarze „wiodących mediów", politycy PO i SLD, różni mądrale zapraszani do telewizora, zaraz się wzięli do powtarzania w kółko tego hasła propagandowego. Nawet organa państwa dostosowały się do rozkazu i nuże przydzielać politykom pod byle pretekstem ochronę Biura Ochrony Rządu, choć chwilę wcześniej nie było sygnałów o zagrożeniach. Ale widać pojawiły się. Przedsiębiorczy tatko jednego z trzeciorzędnych polityków PO coś tam w Internecie napisał i BOR zaraz zajął się ochroną Stefana Niesiołowskiego. A przecież parę dni wcześniej, podczas obrad jakiejś komisji sejmowej sam poseł Andrzej Czuma, były minister sprawiedliwości, po tym, gdy polityk PiS cytował groźby zamieszczane w sieci pod adresem Kaczyńskiego, grzmiał, że na całym świecie w Internecie różni ludzi wypisują róże rzeczy i żeby sobie tym głowy nie zawracać.


        Ryszard C. nie ma wyjścia, musi być chory psychicznie. Zdaje się, że taki rozkaz padł już w dniu morderstwa. Justyna Pochanke, dziennikarka TVN, w głównym wydaniu programu informacyjnego, a raczej informacyjno-propagandowego tej stacji, kilkakrotnie określiła zabójcę mianem szaleńca. I tak będą go wozili od psychiatry do psychiatry, aż w końcu jakiś „niezależny specjalista" wykryje u Ryszarda C. schizofrenię bezobjawową, czy jakiś innym sowiecki wynalazek. A skoro osadzono go w celi monitorowanej przez 24 godziny na dobę, to nie można wykluczyć, że zaraz po wykryciu u niego choroby psychicznej „popełni samobójstwo". Przytrafiło się to mordercom, czy też porywaczom Krzysztofa Olewnika, to może przytrafić się i zabójcy z Łodzi.


        Dlaczego szaleniec i dlaczego „to mógł być każdy"? Odpowiedź jest bardzo prosta. Otóż według wersji propagandystów ubecji, zamordowanie Marka Rosiaka było efektem panującej w Polsce atmosfery nienawiść. A za tą atmosferę ma być odpowiedzialny Jarosław Kaczyński i PiS. Tymczasem sytuacja jest zupełnie inna. Od kilku lat trwa kampania propagandowa mająca zdyskredytować w oczach społeczeństwa braci Kaczyńskich oraz Prawo i Sprawiedliwość. Uczestniczą w tej kampanii dziennikarze wiodących mediów, politycy PO, SLD, „autorytety moralne", naukowcy, satyrycy i wielu, wielu innych, od konfidentów ubecji po użytecznych idiotów i karierowiczów, którzy dobrze wiedzą, że sranie na Kaczyńskich i PiS jest droga do kariery i forsy. Jak się taką kampanię organizuje można przeczytać w pierwszej lepszej z brzegu książce, choćby Mirosława Karwata Sztuka manipulacji politycznej. A jak w PRL wyglądały kampanie propagandowe wymierzone we wrogów można przeczytać w książce Mariusza Mazura Propagandowy obraz świata. Polityczne kampanie prasowe w PRL 1956-1980.


        Jeśli ktoś myślał, że katastrofa smoleńska, czy morderstwo w Łodzi sprawią, że życie polityczne w Polsce zacznie się cywilizować, to oczywiście mylił się. W garnku zwanym życiem politycznym III RP w największym stopniu mieszają ubecy. W swoim czasie generał Czesław Kiszczak, podczas odprawy kadry kierowniczej Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, mówił o celach ministerstwa na rok 1989: „SB może i powinna kreować różne stowarzyszenia, kluby, czy nawet partie polityczne, głęboko infiltrować istniejące. Gremia kierownicze tych organizacji, na szczeblu centralnym i wojewódzkim, a także na szczeblach podstawowych muszą być przez nas operacyjnie opanowane. Musimy sobie zapewnić operacyjne możliwości oddziaływania na te organizacje, kreowania ich działalności i polityki". Kto powiedział, że rozkaz Kiszczaka został odwołany? Można by o to zapytać np. jednego z „trzech tenorów" doktora Andrzeja Olechowskiego współpracownika służb specjalnych PRL, którego to oficerem prowadzącym był sam generał Gromosław Czempińskim. Jak wiadomo, doktor Olechowski wraz z Donaldem Tuskiem i Maciejem Płażyńskim zakładał Platformę Obywatelską, która to zanim jeszcze została założona już stała się ulubioną partią wiodących mediów. Ale nie wiem czy pan doktor odpowiedziałby na to pytanie.


        Wracając do tematu. W fachu ubeka normalne jest, że padają trupy. Mogą więc zmienić chwilowo ton propagandy, ale cele zawsze będą te same: utrzymać kontrolę nad życiem politycznym w Polsce i kraść ile wlezie! Skoro nie kontrolują PiS, to zwalczają tą partię wszelkimi dostępnymi środkami. W propagandzie wobec tej partii posługują się znaną od lat zasada: skoro nie możemy pokonać ich argumentami racjonalnymi to sprawmy, aby ludzie ich nienawidzili. I to właśnie dlatego różne te dziennikarskie sławy, nagradzane co chwile coraz to nowymi nagrodami, których pełno jest w telewizorze, radio, gazetach, politycy PO i SLD, mądrale zwani niesłusznie intelektualistami itd., itd., tak zawzięcie zwalczają PiS. To oni rozpętali (posłużę się ich zwrotem) „kampanię nienawiści" i prowadzą ją dalej. Teraz chodzi o to jak tu zyskać na śmierci Marka Rosiaka. Nie zdziwię się, gdy w ramach walki z nienawiścią w polityce zamkną Gazetę Polską i Radio Maryja. Pożyjemy, zobaczymy.

 

 

(Zapraszam do galerii obrazów A. Horopa: patrz: Ulubione blogi.)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Morderstwo na tle politycznym

środa, 20 października 2010 2:50
        Do siedziby Prawa i Sprawiedliwości w Łodzi wtargnął mężczyzna. Zastrzelił Marka Rosiaka, asystenta europosła PiS Janusza Wojciechowskiego i ciężko ranił nożem asystenta posła Jarosława Jagiełły - Pawła Kowalskiego. Krzyczał, że nienawidzi PiS i, że chciał zabić Jarosława Kaczyńskiego. Jeszcze tego samego dnia Justyna Pochanke zdążyła w główny wydaniu programu informacyjnego TVN (czy raczej informacyjno-propagandowego) zrobić z mordercy szaleńca. Tymczasem nawet na Wirtualnej Polsce można przeczytać, że według „nieoficjalnych informacji zachowanie mężczyzny podczas prowadzonych czynności nie wskazuje, że ma zaburzenia psychiczne”. Po co robić z tego człowieka szaleńca? Chyba po to, że nad czynami szaleńców nikt się nie zastanawia, nie analizuje ich, nie zadaje pytania, dlaczego zrobił to, co zrobił, co nim kierowało itd. Szaleniec i tyle. Taki delikwent może być co najwyżej przedmiotem uwagi psychiatrów.

        Zgadzam się z Rafałem Ziemkiewiczem, który na temat tej tragedii napisał: „Jeśli ktoś dzień w dzień podjudzany jest ze wszystkich stron histerycznymi okrzykami, że pisowcy to zagrożenie, faszyści, KPP, podpalacze Polski, że trzeba ich powstrzymać za wszelką cenę, wyeliminować raz na zawsze, jeśli co dnia ma w mediach korowody histeryzujących w tym duchu »autorytetów« - to w końcu wariuje”. Publicysta dodaje, że „w tym szczuciu” nie chodziło dosłownie o zabójstwo, ale „to nieuchronny skutek uboczny”. A ja dodam, że w tych korowodach byli politycy PO, SLD (czy jak się tam teraz PZPR nazywa), dziennikarze paru opiniotwórczych gazet, nie mniej niż dwóch stacji telewizyjnych, kilku rozgłośni radiowych, tzw. naukowcy, co to potrafią wszystko udowodnić nawet wyższość gospodarki socjalistycznej nad kapitalistyczną i wewnętrzną sprzeczność tej ostatniej co prowadzi do cyklicznych kryzysów bezrobocia bądź nadprodukcji.

        Kampania medialna mająca zdyskredytować braci Kaczyńskich i ich partię ciągnie się już od kilku lat. Pewnie zaczęła się, gdy paru ludzi, co to potrafią powołać raz dwa do życia partię i równie szybko zapewnić jej poparcie mediów, zorientowało się, że PiS cieszy się znacznym poparciem społeczeństwa i może sięgnąć po władzę. Z pewnością kampania ta nie skończy się w dniu tragicznej śmierci Marka Rosiaka. Ci dziennikarze, co to najbardziej podjudzają będą przez dwa, albo trzy dni, jak to było w dniu pogrzebu Lecha Kaczyńskiego tłumaczyć wszem i wobec, że w ich zachowaniu nie było nic niestosownego, że to normalne i że służy demokracji, a później znowu będą szczuć na Kaczyńskiego, obrażać go, doszukiwać się antysemityzmu itd. Dodajmy jeszcze, że ktoś tą kampanią zarządza, ktoś rozdziela role, ktoś wykonuje. Zachęcam do przeczytania książki Mazura o kampaniach propagandowych w PRL i Karwata o sztuce manipulacji politycznej.

        Wielu uważa, że wszystkie cztery partie rozsiadające się w ławach parlamentarnych niczym się od siebie nie różnią. Nawet jeśli przyjąć, że nie różnią się aż tak bardzo, to wydaje się jednak, że między PiS-em, a innymi głównymi partiami różnica jest taka, że PiS, a już na pewno jej przewodniczący, nie jest na sznurku ubecji. Właśnie dlatego Jarosław Kaczyński i PiS są zwalczani tak po bolszewiku, czyli wszystkimi dostępnymi środkami. Takim środkiem jest choćby wspominana medialna kampania dyskredytowania Kaczyńskiego i jego partii. Ciekawe, że ci różni mędrkowie, publicyści, obserwatorzy, a nawet eksperci, którzy w telewizorze analizują trzeciorzędne zdarzenia typu jaki napis na koszulce miał Palikot, nie raczą tego zauważyć. Dobrze wiedzą, że zaraz wygoniliby ich z telewizora i musieliby wziąć się za uczciwą pracę. Do czego może doprowadzić brak kontroli ubecji nad rządem przekonał się choćby Marek Dukaczewski, który stracił stołek szefa Wojskowych Służb Informacyjnych i paru oficerów WSI, którzy polecieli zaraz za swoim szefem. Patrząc z perspektywy dnia dzisiejszego, można powiedzieć, że wiele to nie zmieniło. Ale sami państwo przyznają, że chyba lepiej takiemu ubekowi trzymać krótko za mordy polityków, wyznaczać kto ma być premierem, prezydentem, niż narażać się na nieprzyjemności, choćby taką weryfikację? Gdy szefem rządu został Donald Tusk, to raz dwa powołał Krzysztofa Bondaryka na szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, tak, jakby to była najważniejsza sprawa. Może i dla mnie nie najważniejsza, ale w końcu to nie dla mnie ktoś zapewnił poparcie wszystkich najważniejszych mediów w Polsce przez okres kilku lat. A na obniżenie podatków przez rząd Tuska czekaliśmy długie lata i doczekaliśmy się podwyższenia podatków. Marek Dukaczewski, jak przypomina Stanisław Michalkiewicz, zapowiadał, że jak wygra wybory prezydenckie Bronisław Komorowski, to otworzy sobie szampana. Dlaczego tak mu zależało, żeby nie wygrał Jarosław Kaczyński? Sami sobie państwo odpowiedzcie. Skoro, jak wielu utrzymuje, różnic między PiS a PO nie ma, to dlaczego Dukaczewskiemu tak zależało na zwycięstwie Komorowskiego?

 

        A skoro już przy różnicach. Druga różnica między PiS a resztą liczących się partii jest bardziej prozaiczna, Kaczyński i jego otoczenie nie są złodziejami. Na ręce Kaczyńskim i PiS-owi (a w okresie premierostwa Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego również rządowi) patrzyły i patrzą z iście rewolucyjną czujnością postępowe media i wykryły tylko aferę dorszową. A teraz, hulaj dusza piekła nie ma, aferze hazardowej łeb w świetle kamer ukręcili, a Grzecho awansował na urząd marszałka sejmu, na drugą osobę w państwie. Po trzecie, nie sądzie, żeby Kaczyński przejawiał taką postawę wobec Anieli Merkel i Włodzimierza Putina, jak Donald Tusk i Bronisław Komorowski, czyli służalczo-lizusowską.


        I tyle. Minął kolejny dzień. Rośnie dług publiczny, bezrobocie, podatki. Rządzący już tylko kombinują jak tu dotrwać do następnych wyborów. A miało być tak dobrze.


(Zapraszam do galerii obrazów A. Horopa, patrz: Ulubione blogi.)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

I znowu będą getta ławkowe

niedziela, 17 października 2010 19:06
      Janusz Palikot, który to zawzięcie dąży do utworzenia partii pod swoim kierownictwem, objeżdża Polskę i grozi jak to przychyli nieba obywatelom. Te zapewnienia są tyle warte, co jego działania w sejmowej komisji o kuriozalnej nazwie Przyjazne Państwo, gdzie bohater mediów z Lublina zajmował się w najlepszym przypadku głupotami. To całe jego odejście z szeregów Platformy Obywatelskiej to chyba taka sztuczka, żeby nadal mógł ujadać na Kaczyńskich i Prawo i Sprawiedliwość, ale żeby swymi żenującymi występami nie obciążał europejskiej, nowoczesnej, rzekomo eleganckiej i kulturalnej PO. Wirtualna Polska doniosła, że Palikot podczas wystąpienia we Wrocławiu powiedział, że „w ciągu ostatnich lat byliśmy indoktrynowani, że trzeba zginąć za Polskę; jest jednak drugi nurt myślenia mówiący o tym, że silny Polak stworzy silną Polskę".

        Jak zwykle ględzi od rzeczy. Przez ostatnie kilkanaście lat byliśmy indoktrynowani, że Unia Europejska jest rajem na ziemi, a ci, co chcą dekomunizacji, desowietyzacji, lustracji, są zagrożeniem dla demokracji. Polska, z całym swoim dziedzictwem historycznym i kulturalnym, była przedstawiana jako wstydliwa przeszłość, od której, żeby być nowoczesnym, europejskim, trzeba się odciąć.

         A co do hasła, że „silny Polak stworzy silną Polskę", to ono nic nie znaczy. Może co najwyżej być parawanem osłaniającym jakiś szwindel. Kiedyś Michnik i jego koleżki głosili potrzebę budowania społeczeństwa obywatelskiego, a wyszły rządy mafii o proweniencji ubeckiej. Bądźmy jednak trochę złośliwi. Czy Palikot nie wie, że w Polsce żyją mniejszości narodowe? Czyżby uważał, że mniejszości narodowe nie są wstanie stworzyć silnego państwa polskiego? Gorsze są czy co? A hasło silnego Polaka, silnej Polski czyż nie kojarzy się z tą straszną endecją i gettem ławkowym? Silna Polska, ho, ho, ładnie by sobie nagrabił, oczywiście pod warunkiem, że ktoś brałby jego ględzenie serio.

(Zapraszam do galerii obrazów A. Horopa, patrz: Ulubione blogi.)

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

A gdyby tak było u nas tanie paliwo...

środa, 13 października 2010 17:15

         W katastrofie drogowej w okolicach Nowego Miasta zginęło 18 osób. Tir zderzył się czołowo z furgonetką przystosowaną do przewozu 6 osób. Znajdowało się jednak w niej 18 ludzi. 12 osób podróżowało w części bagażowej auta. Jechali do sadu, aby zrywać jabłka, zarobić pieniądze, przeżyć.

        Pewnie rządzący zaraz będą grozić kontrolami i zapowiadać podwyższenie kar, jak to mają we zwyczaju. Nie pomyślą, że ci ludzie nie jechali w takich warunkach dla przyjemności, ale z konieczności, ponieważ podróż samochodem ze względu na ceny paliwa jest w Polsce droga. Chociaż raz ci, co siedzą przy korycie zrobiliby coś dobrego i zlikwidowali obciążenia podatkowe jakimi obłożone jest paliwo. Skorzystałby na tym każdy. Jedni nie musieliby się tłoczyć w kilkunastu w jednym busie, bo samochód mógłby za takie same pieniądze obrócić dwa czy trzy razy, drugim opłacałoby się przewieźć towar dajmy na to z Warszawy do Bogatyni i tam go sprzedać, dzięki czemu nie musieliby pozostawać bezrobotnymi, następni mieliby tańsze wakacje itd. itd.

        Ktoś powie, że wtedy straciłby budżet państwa. Po pierwsze; w budżecie Polski jest za dużo pieniędzy a nie za mało. Tylko, że pieniądze stamtąd są zwyczajnie wyłudzane, kradzione, przeznaczane na utrzymanie mafii, marnowane według zasady: warto wyrzucić w błoto 100 milionów, żeby ukraść dwa albo trzy dla siebie. A po drugie; tanie paliwo mogłoby pomóc gospodarce, więcej osób płaciłoby podatki i do budżetu trafiałoby więcej pieniędzy. Ale przecież jesteśmy zieloną wyspą i mamy, jak zapewniał premier Donald Tusk, najlepszego ministra finansów w Unii Europejskiej, więc czym ja się martwię?


(Zapraszam do galerii obrazów A. Horopa, patrz. Ulubione blogi.)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Kadry decydują o wszystkim

wtorek, 12 października 2010 22:02

Prezydent Bronisław Komorowski powołał kolejnych doradców. Jest to informacja, której nie można przegapić, wszak to Włodzimierz Lenin powiedział, że kadry decydują o wszystkim. Podkreślmy: kadry, a nie społeczeństwo. Doradcą „strategicznym” został niezawodny Tadeusz Mazowiecki. W taki razie Henryk Wujec i Jan Lityński zostali chyba doradcami „niestrategicznymi". Demokracja to jednak dziwny ustrój, partia do której należą, bądź należeli wszyscy wymienieni delikwenci nie ma prawie żadnego poparcia w społeczeństwie, ale nie przeszkadza to im znaleźć się przy korycie. Ludzie idą do urn, podniecają się wyborami, komisje nawet fatygują się zliczać te wszystkie głosy, a okazuje się, że z krótkimi przerwami cały czas te same osoby są we władzach, albo mają wpływ na władze.

Podczas uroczystości, która odbyła się w Pałacu Prezydenckim, Komorowski powiedział, że zespół jego doradców ma budować „ducha Kancelarii Prezydenta", kształtować sposób myślenia i działania. Co to oznacza? Znowu Mazowiecki będzie wyszukiwał wśród biskupów wrogów ludu i zarzucał im działalność na rzecz imperializmu amerykańskiego? Ma wprawę. W 1953 r. miotał takie oskarżenia na sądzonego przez komunistów w pokazowym procesie biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka? Nie wiem, zobaczymy.

 Niektórzy powiadają, że Komorowski jest głupi. Nie będę się sprzeczał, jaki jest koń każdy widzi. Na pewno jest to niezły żartowniś. Bo czy zapowiedź prezydenta, że chciałby, aby zespół jego doradców był w stanie zrealizować zapowiadane przed wyborami „dążenie do tego, by Kancelaria Prezydenta była miejscem debaty, krzyżowania się dróg różnych formacji politycznych, różnych sposobów myślenia i różnych pomysłów na Polskę” nie jest żartem?



(Zapraszam do galerii obrazów A. Horopa, patrz: Ulubione bloogi.)
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Pod strzechą mieszkają barany

czwartek, 07 października 2010 18:06

Na stronie internetowej kwartalnika „Qfant" Piotr Michalik zamieścił artykuł, w którym radzi w jaki sposób pisać powieści i opowiadania, żeby było dobrze. Przepisy w jaki sposób pisać dzieła i dziełka literackie są obecnie w modzie, można się z nimi spotkać na każdym kroku. Ale co będzie, gdy już wszyscy będą pisać tak, jak jest w tych wszystkich poradnikach? Tego nie wiem. Redaktor naczelny kwartalnika napisał m. in., „twórz dla konkretnego czytelnika. Kto tworzy dla wszystkich, ten tworzy dla nikogo. Oczywiście najlepiej by było, żeby nasze dzieła podobały się każdemu. Ale tak się nie da, zaakceptuj to, gdyż ludzie mają diametralnie różne gusta i zaspokojenie ich wszystkich przypomina próbę pojechania samochodem jednocześnie w prawo i w lewo". W komentarzu rezolutnie opiera się temu twierdzeniu Natalia Bilska. „Tyle, że wybór odbiorców to nie jest konieczność. Można mieć w dupie odbiorców i pisać, bo fajnie się pisze, i wtedy ten problem odpada. A że wszyscy nie pokochają, to wiadomo, rzecz naturalna" - napisała. Pominę, że kobiecie nie wypada używać pewnych słów, ale cóż, takie czasy.

        Piotr Michalik jest redaktorem naczelnym kwartalnika „Qfant", a Natalia Bilska zapewne początkującą pisarką. Napisać można wszystko, tu ma pani Bilska rację, a wydać, tak, żeby wyłożona kasa na to przedsięwzięcie się zwróciła, już nie wszystko. I tu ma rację pan Michalik. Skąd ma jednak wiedzieć pisarz, jakie są aktualne potrzeby rynku? Nie wiem. Może ktoś opublikowałby jakiś poradnik w tym zakresie.

        Niestety trzeba pogodzić się z tym, że książka to taki sam produkt jak proszek do prania, płyn do mycia WC czy papier toaletowy. Autor nie jest wieszczem, po którego dzieło sięga się w przeświadczeniu, że pisarz ma coś ważnego do przekazania, ale w najlepszym wypadku rzemieślnikiem, który pełni taką samą rolę jak kiedyś kuglarz na jarmarku - ma dać chwilę rozrywki średnio rozgarniętej gawiedzi. O tym, że średnio rozgarniętej świadczy to całe nadskakiwanie czytelnikowi, aby ciekawie się zaczynało, aby czytało się lekko, łatwo i przyjemnie, żeby było pełno dialogów, żeby broń Boże nie zestresował się słówkiem, którego znaczenia nie rozumie itd. itd.

        Taka dajmy na to firma produkująca papier toaletowy chce przeznaczyć swój produkt dla tych klientów, którzy lubią odrobinę luksusu w toalecie. Wówczas robią ów papier miękki, o przyjemnym dla oka kolorze, trójwarstwowy, pachnący lawendą albo poziomkami. Do tego daje się ładne opakowanie. Dla tych klientów, co to w toalecie chcą wszystko raz dwa załatwić i podetrzeć się byle czym, byle to drogo nie kosztowało, przeznacza papier szorstki i w pospolitym opakowaniu. Tak samo z książkami.

        Czy tak musi być? Musi. Skoro ludzie nie wieszają na ścianach obrazów, ale telewizory, nie rozmawiają o literaturze, ale o tym ile mają darmowych minut od operatora sieci telefonii komórkowej, nie czytają wierszy, ale SMS-y, i wydaje im się, że są tym mądrzejsi im wierniej powtórzą to, co usłyszą z głośnika telewizora.

        Ktoś kiedyś powiedział, cóż są warte książki, skoro nie uczą nas jak żyć? To oczywiście bardzo ambitna idea. Autora, który by przypisywał swoim książkom cel uczenia ludzi, jak mają żyć, można by posądzić o megalomanię. Ale jeśli czytelnik właśnie po to sięga po książkę, to jego sprawa, wolno mu. Zawsze uważałem, że nawet, gdy książka zaczyna się niemrawo, to warto, skoro już się po nią sięgnęło, doczytać do końca. A to dlatego, że być może na jej stronach jest jedno mądre zdanie i właśnie dla tego, choćby tylko jednego mądrego zdania, warto ją przeczytać. Ale tych „mądrych zdań" coraz rzadziej udaje mi się znaleźć w książkach. Co więcej, zdaje się, że ambicją autorów, jest pisanie według zasady, im głupsze tym lepsze, ciemny lud i tak to kupi, bo i ładna okładka i kupa forsy poszła na promocję nazwiska i książki. Cóż... takie czasy.


(Zapraszam do galerii obrazów A. Horopa, patrz: Ulubione blogi.)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 23 lutego 2017

Licznik odwiedzin:  14 517