Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 778 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Do końca roku zostało

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 15911
Wpisy
  • liczba: 198
Bloog istnieje od: 2640 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl

Kategorie

Posłowie żrą ile wlezie

czwartek, 29 grudnia 2011 21:28

        „Każdy poseł otrzyma tablet. Jak informuje Kancelaria Sejmu, celem operacji ma być przede wszystkim skuteczniejszy i szybszy dostęp posłów do informacji, ale także oszczędności. Zakup 500 tabletów pochłonie 1,75 mln złotych. Kancelaria Sejmu szacuje, że inwestycja zwróci się w ciągu trzech lat” – tak piszą na Wirtuanaj Polsce.


        Posłowie nachwalić się nie mogą tego rozwiązania, że to nie trzeba będzie nosić kilogramów papieru, że środowisko skorzysta, że wygoda i takie tam. To, że „nasi przedstawiciele” będą cieszyć się z nowej zabawki, którą to dostaną za darmo (my za to zapłacimy) tego można było się spodziewać. Po to wepchali się do Sejmu, żeby żreć ile wlezie.


        Ale co my z tego będziemy mieli, że im za to zapłacimy? I tak Sejm kosztuje coraz więcej, a my przez nich mamy same kłopoty, a to podporządkowują Polskę jakimś tworom politycznym niby to dla naszych korzyści, ale tych korzyści wcale nie mamy, mamy za to kłopoty, a to obkładają nas podatkami, żeby im i ich sitwom, rodzinom, protektorom nie zabrakło, a to utrudniają nam życie rzucając na każdym kroku kłody pod nogi. Kiedyś Centrum im. Smitha opublikowało jakiś raport czy coś podobnego, z którego wynikało, że bogactwo obywateli zależy od jednego czynnika, od obowiązującego prawa. W końcu można i kopalnie złota obłożyć tak wysokimi podatkami, że wydobycie tego kruszcu stanie się nieopłacalne. No więc, gdyby nie te kłody rzucane nam pod nogi przez rządzących, pewnie nie żylibyśmy w biedzie.


        Całe szczęście, że posłowie, przynajmniej ci cytowani przez WP nie mówią, że tablety usprawnią pracę Sejmu, bo to byłoby dopiero prawdziwe nieszczęście! Bo jakby Sejm zaczął działać sprawnie to kto wie, czy nie przegłosowałby ustawy „zrównującej wiek emerytalny” do 80 roku życia, legalizującej łapówki dla ministra, rządu i kogo tam jeszcze trzeba za wpisanie leku na listę leków refundowanych, albo z rozpędu wystosowaliby prośbę do Angeli Merkel o przyłączenie Polski do Niemiec, a przynajmniej Dolnego Śląska, Pomorza z Gdańskiem, Warmii i Mazur. Z reszty można byłoby utworzyć Generalną Gubernię, która tym razem nazywałaby się inaczej, dzięki czemu dla tych wszystkich łajz starczyłoby stołków, bo chyba wszyscy nie zmieszczą się na fotelach unijnych urzędników, zresztą kto by ich tam chciał. Chociaż w tym ostatnim przypadku jako dobrze wytresowani zapytaliby Berlin o zgodę, bo może Berlin tym razem GG nie przewiduje, albo przewiduje, ale dla kogoś innego.


        „Nasi przedstawiciele” w Sejmie mówią, że dzięki tabletom nie trzeba będzie nosić kilogramów papieru. A nich nie noszą tych kilogramów papieru, my z tego ich noszenia papierów i tak mamy same kłopoty. Warto też zauważyć, że taki pan poseł Ryszard Kalisz czy taki inny poseł co się za babę przebiera, czy tam odwrotnie to nie wyglądają na takich co by się bali nosić kilogramy.


        Posłowie twierdzą, że to niby środowisko skorzysta, bo nie będą marnować papieru. To po co marnują ten papier, kto im każe i tak nam to żadnego pożytku nie przynosi. Niech wykorzystują papier dla wprowadzania korzystnych dla Polski zmian i oszczędnie nim szafują, no, ale tych co im nigdy niczego nie brakowało oszczędności nie nauczysz. A swoją drogą, ja też zużywam papier i jakoś nikt nie wpadł na pomysł, żeby mi ten jakiś tablet kupić. No, ale ja jestem od tego, żeby utrzymywać tych co na górze, a ci co na górze, żeby się nachapać, więc wszystko jest w porządku. Jeśli tak bardzo są za tą ekologią to proponuję im, żeby zaczęli oszczędzać papier toaletowy (w końcu to też papier), od razu poprawiłoby to atmosferę na sejmowych korytarzach. I środowisko by na tym skorzystało. No, ale oni potrafią dbać o środowisko poprzez zmuszanie przedsiębiorstw w Polsce do kupowania limitów na emisję dwutlenku węgla czy tam czegoś. Taki u nich rozum.


        „Nasi przedstawiciele” mówią, że dzięki tym tabletom będzie wygodniej. No pewnie, po to są w Sejmie, żeby było im wygodniej! Niczego innego po nich się nie spodziewałem. Wygodniej będzie im nakładać na nas nowe podatki, podwyższać już istniejące, ograniczać resztki wolności jakie jeszcze zostały i karnie i szybko wprowadzać w Polsce prawo dyktowane przez Unie Europejską.


        Zamiast tych tabletów zafundowałbym panom i paniom posłom sznury. O nie, nie liczę, żeby ktoś zdobył się na tak daleką autorefleksję nad rolą jaką odgrywa i wymierzyłby sobie nagrodę za tą rolę. Ale może podczas libacji zorganizowanej z okazji zabawy sylwestrowej czy tam Nowego Roku jeden z drugim w amoku alkoholowym zrobiłby właściwy użytek z tego prezentu.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Życzenia

sobota, 24 grudnia 2011 16:08

WESOŁYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA WSZYSTKIM, KTÓRYM PRZYTRAFIŁO SIĘ I PRZYTRAFI ODWIEDZIĆ TĘ STRONĘ

                                                                          ŻYCZY

                                                                        MICHAŁ PLUTA


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

O mądrościach księdza Bonieckiego

niedziela, 18 grudnia 2011 22:34

        „Zakazu wystąpień medialnych nie postrzegam w kategoriach tragedii, poniżenia czy zakneblowania - powiedział w sobotę ks. Adam Boniecki podczas rozmowy z Moniką Olejnik w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego” – przeczytałem na Wirtualnej Polsce. I tu można zgodzić się z księdzem Bonieckim, to żadna tragedia, udziela wywiadów Monice Olejnik jak gdyby nigdy nic, lekceważąc zakaz udzielania się w mediach, oprócz Tygodnika Powszechnego (tak jakby ten tygodnik czynił jakaś różnicę), jaki nałożyła na księdza prowincja księży marianów.


        Złośliwi mówią, że ksiądz ma innych zwierzchników, nie tylko tych kościelnych. Skoro mimo zakazów udziela wywiadu pani redaktor Monice Olejnik, a może i staje przed nią na baczność to kto wie jak tam jest. Co ciekawsze, jak dowiaduję się z WP „decyzja władz zakonu zbiegła się w czasie z wywiadem, jakiego udzielił on Olejnik w »Kropce nad i«. Zwracał w nim uwagę m.in. na »niefortunność umieszczenia krzyża na sali sejmowej«.” Ciągle ta Olejnik i Olejnik, jakby nie było innych „dziennikarzy” w III RP.


        Do wywiadu doszło „z okazji” promowania w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, książki księdza Bonieckiego pt. „Lepiej palić fajkę, niż czarownice...”. Tytuł jak tytuł, nic nadzwyczajnego. Docenić można jednak, że wiekowy już ksiądz znajduje czas, między odprawieniem mszy, odmawianiem różańca, pisaniem kazań itd. na pisanie książek. Warto przy tym zastanowić się, czy gdyby taki dajmy na to ksiądz Tadeusz Rydzyk napisał książkę i chciał ją promować, to też biblioteki użyczyłby Uniwersytet Warszawski? Chyba jednak nie warto zastanawiać się, wiadomo, że nie.


        „Na zadane z sali pytanie o to, kiedy zakaz może zostać zdjęty, ocenił, że jego przełożeni »są trochę zakładnikami własnej decyzji (...)«. - Ale Boże Narodzenie to jest takie święto pojednania, w Nowy Rok wszystko zaczyna się od początku, 24 grudnia mam imieniny. Te perspektywy są bardzo szerokie i otwarte i nie należy tracić nadziei - powiedział ks. Boniecki”.


        A skoro już ksiądz Boniecki o święcie pojednania (swoją drogą czy aby na pewno Boże Narodzenie to święto pojednania? W kalendarzu świąt żydowskich można znaleźć Jom Kippur - Dzień Pojednania, ale mniejsza z tym) to jak tu nie zacytować i takiego fragmentu upichconego przez redaktora WP: „Z kolei w swojej najnowszej książce ks. Boniecki napisał o Radiu Maryja, że nie ma z nim dyskusji, a by został dopuszczony do głosu, musiałby publicznie wyrzec się »błędów personalnych«. »Musiałbym wyrzec się przyjaźni z arcybiskupem Józefem Życińskim, Adamem Michnikiem czy Jarosławem Gowinem. Musiałbym ujawnić masońskie i żydowskie źródła inspiracji "Tygodnika", uznać niewinność abp. Wielgusa, a ojca dyrektora uznać za męża opatrznościowego, obdarzonego charyzmatem nieomylności w sprawach wiary, moralności i polityki« - brzmi fragment książki”.


        I jak tu nie domyślić się, że z opłatkiem w Wigilię ksiądz Boniecki pobiegnie do księdza Rydzyka, żeby się z nim pojednać. A swoją drogą skąd tak dobrze ksiądz Boniecki zna myśli księdza Rydzyka? O tym, że nie można mówić w tym wypadku o „bezinteresownej nienawiści” w jednym z następnych akapitów.


        Nie można też nie wspomnieć i o innej wypowiedzi księdza Bonieckiego. „Pytany z kolei podczas spotkania w BUW o kwestie dotyczące aborcji, ks. Boniecki powiedział, że nie jest to »sprawa konfesyjna, religijna«.” O ile wiem jedno z przykazań Dekalogu mówi o tym, żeby nie zabijać. Skoro te przykazania dał Bóg, tak przecież stoi w Starym Testamencie, to czy czasem nie mają one coś wspólnego z religią? Może nie mają, nie wiem. Bo gdy Jarosław Kaczyński wspomniał o wprowadzeniu kary śmierci to posypały się głosy światłych biskupów, że to sprzeczne z chrześcijaństwem, katolicyzmem czy jakoś tak. Widać wykonanie wyroków śmierci na osobnikach, którzy popełnili ciężkie przestępstwa jest niezgodne z chrześcijaństwem, katolicyzmem itp. a zabijanie nienarodzonych dzieci to nie jest „sprawa konfesyjna, religijna”. Może zacytowano niedokładnie słowa księdza Bonieckiego, ale już tam lepiej na Czerskiej wiedzą co wieloletni redaktor „Tygodnika Powszechnego” powiedział niż on sam. Gwoli ścisłości należy stwierdzić, że bohater tego artykułu uznał aborcję za „zabijanie człowieka niewinnego”. Dobre i to. Żeby było śmieszniej podkreślił, że w „debacie publicznej na ten temat chodzi o to, by być skutecznym, nie, żeby narzucić coś siłą na jedną kadencję sejmu, tylko, żeby stworzyć kulturę, która będzie chroniła to życie”. I co, razem ze swoim przyjacielem Adamem Michnikiem stworzył kulturę chroniąca życie? Ale może jednak jest skuteczny?


        Z artykułu na WP warto wyłowić też i taki fragment: „Pytany, czy sam wierzy w istnienie szatana, ks. Boniecki powiedział, że co jakiś czas spotyka go »w bezinteresownej nienawiści w ludziach«.” Widać o razu, że przyjaciele księdza Bonieckiego nienawidzą interesownie, bo przecież gdyby nienawidzili bezinteresownie to maczałby w tym palce Szatan, więc wszystko jest w porządku. Było i o osobniku, który rozszarpał Biblię, ale przyjaciel Michnika, biskupa Życińskiego i Jarosława Gowina, przynajmniej w przytoczonych wypowiedziach, nie skrytykował go ani słowem, mimo, że w skład Biblii wchodzi Stary Testament i czyn ten można byłoby uznać za antysemicki, ale widać jest inaczej, bo alarmowałby przecież Wyborcza.


        I na zakończenie: „Ks. Boniecki był również pytany o krytykę »Tygodnika Powszechnego«, jaka znalazła się w opublikowanym przez przewodniczącego KEP abp. Józefa Michalika »Raporcie o stanie wiary w Polsce«. B. naczelny »Tygodnika« powiedział, że abp Michalik ma od lat te pretensje i stawia zarzuty »Tygodnikowi Powszechnemu«, którego nie czyta, a jako ideał obecności Kościoła w mediach, w swoim raporcie przedstawia Radio Maryja”. Koniec.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

O przemówieniu ministra Sikorskiego i nepotyzmie

sobota, 17 grudnia 2011 0:36

Po przemówieniu Radosława Sikorskiego na forum Niemieckiego Towarzystwa Polityki Zagranicznej w Berlinie, w którym to obawiał się niemieckiej bezczynności (swoją drogą za niemiecką bezczynność w 1939 r. wiele byśmy dali!) pojawiły się głosy, że wcale minister spraw zagranicznych III RP nie jest autorem tegoż przemówienia. Właściwie to nie powinno to dziwić, rząd przypomina grupkę tłumoków, z których najbardziej sprytny wydaje się minister Jacek Rostowski, ale i tak żadnego pożytku z tego nie mamy, skoro spryt ten przejawia się w kreatywnej księgowości.


        Oto trafił do moich rąk „Super Express” (oczywiście nie kupiłem tej gazety, żeby było jasne, zresztą nie kupuję żadnej gazety) a tam w artykule o ministrze Sikorskim i jego berlińskim wystąpieniu (po drugiej stronie Mariusz Kamiński opowiada jak to zagraniczne firmy miały osobne budżety z przeznaczeniem na łapówki dla decydentów z nad Wisły) przeczytałem, że eksperci nie mają wątpliwości, iż w „niewidocznych na pierwszy rzut oka właściwościach dokumentu” zawierającego przemówienie ministra jako jego autor jest wpisany Charles Crawford, były ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce, który to teraz ma  „firmę specjalizującą się w pisaniu profesjonalnych przemówień”.


        Marcin Bosacki, rzecznik ministra spraw zagranicznych, „wyjaśnia”, że wkład Anglika ograniczył się do poprawek edytorskich związanych z tłumaczeniem przemówienia na angielski. Żeby było bardziej groteskowo minister Sikorski jako eksperta od tłumaczeń na angielski, jak dowiaduję się z „Super Expressu”, zatrudnił córuchnę swojego kolesia z rządu - Jacka Rostowskiego. „Minister Sikorski który szczególnie dba o jakość swoich wystąpień w tym języku, potrzebował specjalistki, która zredaguje teksty” – tak zatrudnienie córuchny Rostowskiego usprawiedliwiał Piotr Paszkowski, dyrektor gabinetu ministra spraw zagranicznych.


        Nepotyzm jest jedną z gangren toczących Polskę i występuje niestety powszechnie, więc nie ma co się nad tym jednym z setek tysięcy przykładów pastwić. (Tak jak nie ma co się pastwić nad jednym świniakiem, skoro szkodę wyrządziło całe stado.) Co by bidulka robiła gdyby jej nie zatrudniło ministerstwo? Ot, łaziłaby co miesiąc podpisać listę w urzędzie pracy, no, ale tatko jest przy korycie, to i miejsce przy korycie córeczce załatwił. Czy ma do sprawowanej funkcji dziewuszka kwalifikacje? Pewnie nie, skoro to ona miała być „specjalistką”, a tymczasem ministerstwo zleca firmie Craforda „poprawki edytorskie związane z tłumaczeniem” przemówienia ministra.


        Ale co śmieszniejsze, cała ta sprawa stawia pod znakiem zapytania umiejętności językowe ministra spraw zagranicznych. Sikorski manifestuje na swojej stronie internetowej, że jest oxfordczykiem. Może to budzić skojarzenie z innym oxfordczykiem, takim Nikodemem Dyzmą, czy Zożrem Ponimirskim, który według słów Prezesa Banku Zbożowego miał fiksum dyrdum, czy jakoś tak, co też nie kojarzy się najlepiej, ale mniejsza z tym. Otóż Sikorski napisał o sobie: „absolwent Uniwersytetu Oksfordzkiego (Bachelor of Arts, Master of Arts), kierunek: filozofia, nauki polityczne i ekonomia (PPE)”. Nie neguję, że coś tam w Anglii pokończył, ale zdaje się, że pokończenie tego nie wymagało biegłej znajomości języka angielskiego. Tak można sądzić skoro potrzebuje korekty dla swoich wystąpień w języku angielskim, tak jak i uczeń dajmy na to gimnazjum potrzebuje korekty dla skleconych paru zdań, które mają być po angielsku, żeby rzeczywiście były po angielsku, a nie przypominało tylko ten język. Pamiętam z czasów gdy edukowałem się (oczywiście w Polsce, nie tak jak pan minister), że studenci-cudzoziemcy zdawali egzaminy na zupełnie innych zasadach niż Polacy, tzn. według zasady, że egzamin ten na pewno zdadzą. Różne tam były cyrki, ale to nieistotne.


        Sikorski chwali się książką w języku angielskim: „The Polish House – an Intimate History of Poland”. Nie sądzę, żeby napisanie książki w języku angielskim było łatwiejszym zadaniem niż napisanie przemówienia w tym języku. Chyba, że została przetłumaczona z języka polskiego, a wtedy chyba wypadałoby zamieścić w niej informacje o tłumaczu, ale chyba tego nie powinienem się spodziewać. Skoro swoje berlińskie przemówienie Radek przypisał sobie, to i pewnie nie docenił pracy tłumacza swojej książki, bo przecież podważałoby to jego opinię oxfordczyka. A może jest inaczej, niech no ten, kto ją posiada, sprawdzi.


        No cóż… wiadomo, że państwa totalitarne decydują jak wygląda rzeczywistość, nawet wbrew rzeczywistości. Nam trochę jeszcze do ideału państwa totalitarnego brakuje, ale jest coraz więcej symptomów wskazujących, że tylko trochę. Oto cytat (tekst jest trochę nielogiczny, ale ja już na to nic nie poradzę) ze stronny internetowej Sikorskiego, zdaje się mający robić za głos ludu:

„W imieniu Pana Ministra uprzejmie dziękuję za głosy poparcia i sympatii wyrażane w listach, mailach, telefonach, które otrzymujemy od momentu wygłoszenia przez Radosława Sikorskiego w Berlinie przemówienia »Polska a przyszłość Unii Europejskiej«.
Z wyrazami szacunku,

Aleksandra Klimont-Bodzińska

Doradca Ministra

Szanowny Panie Ministrze,

Wysłuchałem Pana przemówienia w Berlinie oraz reakcji na to przemówienie.
Jestem dumny, że moją Ojczyzną rządzi rząd o [...]”.


        Dalej nie wiem co było, ale skoro ucięto tekst, to może coś wulgarnego pod adresem ministra Sikorskiego. A tak poważnie, utrzymujemy z naszych podatków ministra spraw zagranicznych, dyrektora gabinetu ministra, „specjalistkę” pod postacią córuchny ministra Rostowskiego, rzecznika ministra, doradcę ministra i od cholery im podobnych, ale jak trzeba parę słów po angielsku napisać, to trzeba zapłacić firmie pana Charlesa Crawforda. A swoją drogą był przetarg, czy też firma pana Crawforda ma osobny budżet na łapówki?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Kilka cytatów o Niemcach i nie tylko

wtorek, 06 grudnia 2011 17:47

Wypada zacząć od najważniejszego cytatu. A w najważniejszym znajdą się „mądrości” Radka Sikorskiego pełniącego kuriozalną funkcję ministra spraw zagranicznych, kuriozalną no bo jaką Polska prowadzi politykę zagraniczną? Do podporządkowywania się Niemcom i podlizywania Rosji nie trzeba przecież ministerstwa spraw zagranicznych i tak wszyscy wiedzą, z której strony jest chleb posmarowany.


        „Mniej się obawiam niemieckiej siły, zaczynam bać się niemieckiej bezczynności” – powiedział Sikorski na forum Niemieckiego Towarzystwa Polityki Zagranicznej w Berlinie. Dodał, że największym zagrożeniem jest „nie terroryzm, nie talibowie, z pewnością nie niemieckie czołgi, (...) nawet nie rosyjskie pociski, których rozmieszczeniem w pobliżu granic UE groził prezydent (Rosji) Dmitrij Miedwiediew. Największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa i dobrobytu Polski byłby upadek strefy euro”.


        Równie dobrze mógłby powiedzieć, że władzom III RP nawet do głowy nie przychodzi dbanie o interesy Polski i, że już martwią się tylko tym, czym metropolia. A ta niemiecka bezczynność, to nic innego, jak zachęta, żeby Niemcy tą naszą biedną Polskę bez żadnego skrępowania wzięły pod but. Nie spotkają się z oporem, wręcz przeciwnie władze i tzw. elita będzie piała z zachwytu, że im dobrze i, że przed ewentualnym gniewem społeczeństwa (w którego to wybuch nie bardzo wierzę) będą mogli schronić się pod solidnymi niemieckimi skrzydłami. Nie trzeba było wiernopoddańczych deklaracji Sikorskiego, żeby wiedzieć, że folksdojczów gotowych na każdą nikczemność w III RP nie zabraknie. Ale też minister spraw zagranicznych zdaje się sugerować, że teraz jest jakiś wyjątkowo dogodny moment dla otwartego podporządkowania Polski Berlinowi. Może i jest biorąc pod uwagę stopień degeneracji tych co na górze i stopień apatii społeczeństwa. Najwyraźniej Sikorski chce być tym, który przyniesie Niemcom dobre wieści, takich spotykają przecież nagrody, a pieniądz jak wiadomo nie śmierdzi.


        Z wypowiedzi ministra spraw zagranicznych dowiedziałem się też, że w Polsce jest dobrobyt. Komu dobrobyt temu dobrobyt, taki Sikorski na pewno żyje nie tylko z „strefie zdekomunizowanej” ale i w dobrobycie, ale nie wszyscy tak mają. Definicja ubóstwa absolutnego przewiduje, że osobnik, aby nie stracić tego zaszczytnego miana „może wydać na swoje utrzymanie mniej niż równowartość jednego dolara dziennie” (jest to cytat ze stron Wikipedii, a definicja tam zamieszczona powstała pewnie na podstawie jakiegoś psu na budę potrzebnego dokumentu ONZ). Jakby nie patrzeć wysokość moich dochodów sytuuje mnie wśród ludzi absolutnie ubogich. Ale wiemy już dzięki Jerzemu Urbanowi, że rząd wyżywi się sam, tym bardziej teraz, gdy w Polsce działa tyle różnego rodzaju fundacji finansowanych przez Berlin. Kiedyś Centrum im. Smitha opublikowało jakiś raport czy coś podobnego, z którego wynikało, że bogactwo obywateli zależy od jednego czynnika, od obowiązującego prawa. W końcu można i kopalnie złota obłożyć tak wysokimi podatkami, że wydobycie tego kruszcu stanie się nieopłacalne. Zamiast zająć się rozwiązaniami prawnymi, które umożliwiłyby ludziom godne życie ze swojej pracy, te skurwysyny martwią się „strefą euro”. Wiem więc komu podziękować, za to, że na nic mnie nie stać. Dziękuję więc ci III RP i tobie „wspólna Europo”! Nich cię szlag trafi!


        Teraz o „mądrościach” komisarza UE Janusza Lewandowskiego „Propozycja, by Unia kontrolowała budżety krajów członkowskich, to taki kaftan bezpieczeństwa groźny tylko dla grzeszników, tylko dla tych państw, które będą się zadłużać”. I dalej: „Słyszę histeryczne okrzyki w Polsce, że jest to zabranie suwerenności. Chwila na ten temat jest potrzebna jako refleksja trzeźwa, a nie nietrzeźwa. Chcemy wspólnoty energetycznej, bo to też jest wspólnota losu. Chcemy, żeby kraje się nawzajem informowały o przedsięwzięciach energetycznych, które mogą zagrażać sąsiadom. Taką wspólnotą losu w jeszcze większym stopniu jest wspólna waluta. Ma siedemnastu udziałowców, z których jeden może pogrążyć wszystkich innych. To, że mogą sobie patrzeć w ręce, patrzeć na swoje plany budżetowe, nie jest utratą suwerenności. Natomiast sankcje grożą tylko grzesznikom - tym, którzy przez niefrasobliwość własną, niszczą dobrobyt innych. Jeżeli Polska wyobraża sobie siebie jako kraj, który zadłuża się na poczet przyszłych pokoleń, to wtedy może się lękać tego kaftana bezpieczeństwa”.


        Ci ludzie potrafią wszystko wytłumaczyć, nawet, że w ZSRS jest dobrobyt, a Polska nie zadłuża się na poczet przyszłych pokoleń. A swoją drogą komu potrzebny jest kaftan bezpieczeństwa? Chyba ludziom, którzy tracą kontakt z rzeczywistością i są zagrożeniem dla innych. Zdaje się, że wśród dygnitarzy UE pełno takich i stąd pewnie takie a nie inne  porównanie przyszło do łepetyny Janusza Lewandowskiego.


        I ostatni cytat tym razem z Wirtualnej Polski: „60% Niemców uważa, że wprowadzenie euro nie było dobrym pomysłem - takie dane przynosi sondaż dla tygodnika "Focus", który opisuje w niedzielę agencja AFP. Według tego badania 85% Niemców sądzi, że wprowadzenie euro pociągnęło za sobą wzrost cen. O tym, że dawna waluta narodowa - niemiecka marka, była bardziej stabilna względem obcych walut niż jest dziś euro, przekonanych jest 75% Niemców - wynika z sondażu”.


        I po co oni ciągną nas w to gówno? Ale czy oni potrafią coś innego niż wykazywać się na wyścigi posłuszeństwem wobec władzy radzieckiej, która teraz nazywa się inaczej.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

środa, 18 października 2017

Licznik odwiedzin:  15 911