Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 229 116 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28      

Do końca roku zostało

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 14499
Wpisy
  • liczba: 198
Bloog istnieje od: 2402 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl

Kategorie

Forsa dla kadr

niedziela, 27 lutego 2011 20:01

Łukasz Warzecha na stronach salonu24 poruszył problem przyznawania dotacji czasopismom przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Proszę, już wiem po co jest to ministerstwo, żeby przydzielać kasę swoim, bo po ci innego mogłoby być? Przecież taki minister, czy urzędnik w ministerstwie wybitnego obrazu nie namaluje, rzeźby nie wyrzeźbi, symfonii nie skomponuje, ale pensje, nagrody, premie może już brać i forsą obdzielać swoje zaplecze polityczne i kolesi pod lada pretekstem. Dowiadujemy się, że nie tylko partie polityczne żyją z naszych podatków, czy urzędnicy, ale też tzw. dziennikarze, czy tzw. publicyści, jak zwał tak zwał, przynajmniej z niektórych środowisk, tych jedynie słusznych. Łukasz Warzecha przypomniał, że ani grosza nie dostały „Fronda”, „Christianitas”, „Czterdzieści i cztery”, „Pressje” oraz „Rzecz Wspólne”. I słusznie, bo niby dlaczego mieliby dostać pieniądze? Ja nie dostaje od nikogo pieniędzy i większość Polaków też nie dostaje, wręcz przeciwnie na każdym kroku czają się urzędasy, żeby nam pieniądze zabierać.


        Tekst sugeruje, że forsę od ministerstwa kultury dostały „Krytyka Polityczna”, „Midrasz”, „Przegląd Polityczny”, „Res Publica Nowa” i tu jest problem, bo niby dlaczego jedni muszą pracować, żeby otrzymać pieniądze, a inni napiszą parę zdań do ministerstwa kultury i ministerstwo kultury w podskokach wypłaca im forsę? Coś mi się wydaje, że kultura w tej biednej Polsce nie poniosłaby żadnej straty, gdyby redakcje tych czasopism nie zostały obdzielone pieniędzmi, ale pewnie nie o to chodzi. W każdym bądź razie już wiemy dlaczego nie wolno obniżyć podatków w Polsce, a wręcz przeciwnie trzeba gnębić ludzi wyższym podatkiem VAT. W przeciwnym razie mogłoby dla wszystkich mafii, które doją pieniądze z budżetu nie wystarczyć pieniędzy. Pewnie tacy redaktorzy dajmy na to „Krytyki Politycznej” uważają za oczywiste, że 80 letnia babulka z emeryturą pozwalającą z trudem przeżyć, ma droższy chleb przez to, że oni musza otrzymać dotacje. Więc cóż, niech tam babulki i dziadki przeliczają grosze, czy wystarczy na chleb, lekarstwa, na łapówkę dla lekarza byle kadry opływały dostatkiem, byle mogli rozsiąść się w fotelach i ględzić o zbawianiu ludzkości, nowej świetlanej przyszłości, walką z kułactwem, szkodnictwem gospodarczym i sabotażem w przemyśle, jak to zwykle oni. Wiem już dlaczego ci różni mądrale wygadują w telewizorze takie bzdury, najzwyczajniej państwo polskie płaci im za to, a więc my wszyscy. Coś mi się wydaje, że gdyby tak nie dawać im pieniędzy i musieliby uczciwą pracą zarabiać na życie, to od razu zmądrzeliby, a z tego korzyść miałaby kultura w Polsce. To ostatnie zdanie poświęcam Bogdanowi Zdrojewskiemu - ministrowi kultury i dziedzictwa narodowego. A swoją droga to ministerstwo tak się nazywa chyba tylko dla żartu.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Do Głównego Urzędu Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk...

piątek, 25 lutego 2011 19:32

        Zwracam się do Głównego Urzędu Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk, który teraz nazywa się inaczej, w którym to już nie siedzą źli cenzorzy, ale „młodzi, wykształceni, z dużych miast”, którzy udają, że zbawiają ludzkość, a tak naprawdę koszą niezły szmal za opieprzanie się, a w przerwach denuncjują Bogu ducha winnych ludzi, tak jak kiedyś czynili to szmalcownicy, za co wyrokami państwa polskiego dostawali kulę w łeb, z uprzejmą prośbą o jedynie słuszną interpretacje fragmentu książki George Orwella Na dnie w Paryżu i w Londynie.


        Pisma tego nie wysyłam na adres cenzury. Bo gdzie oni teraz siedzą, tego nie wiem. Kiedyś siedzieli na ulicy Mysiej w Warszawie, ale przecież tropią oni „specjalnymi programami” „mowę nienawiści”, więc prędzej czy później zetkną się z tym tekstem.


        Otóż zwracam się do szacownego urzędu o oświecenie mojej skromnej osoby jedynie słuszną wykładnią wypowiedzi Borysa, postaci ze wspomnianej książki Orwella - poszukującego pracy w Paryżu Rosjanina, byłego oficera armii rosyjskiej:


        „Opowiem ci, jacy są Żydzi. Pewnego dnia, a było to w pierwszych miesiącach wojny, podczas marszu zatrzymaliśmy się na noc w jakiejś wiosce. Do mojej kwatery przyszedł cichcem stary obrzydliwy Żyd z rudą, niczym Judasz Iszkariota, brodą. Zapytałem go, czego chce. - »Wasza dostojność – szepnął – przyprowadziłem dla pana dziewczynę, piękną młodą dziewczynę, która ma zaledwie siedemnaście lat. Zapłaci pan tylko pięćdziesiąt franków«. - »Dziękuję ci – odpowiedziałem – możesz ją stąd zabrać. Nie chcę złapać jakiejś choroby«. - »Choroby! – wykrzyknął Żyd z oburzeniem – mais, monsieur le capitaine, proszę się niczego nie obawiać. To moja córka!« - Widzisz, mój przyjacielu, to właśnie jest żydowski charakter”.


        Nie jestem specjalistą w tropieniu antysemityzmu, ale przecież nie święci garnki lepią. Podjąłem się więc na własną rękę dociekań, czy jest tu ten antysemityzm czy też go nie ma. Ale fachowcem nie jestem, szkoleń z funduszy europejskich nie odbywałem, żaden instytut, organizacja pozarządowa, fundacja ani stowarzyszenie dojące szmal z budżetu Polski mnie nie wytresowały, więc mogą się mylić. Rosjanin nazwał Żyda starym i obrzydliwym. No cóż, znam gorsze wyzwiska. Dziewczyna była piękna, młoda (miała siedemnaście lat) i zdrowa. Tu żadnego antysemityzmu nie ma. I zdarzenie: oto ojciec stręczy córkę rosyjskiemu oficerowi. Tutaj też nie ma antysemityzmu, bo niby jaki? No nie wiem, ale może to jest antysemityzmem, że rosyjski oficer nie przeleciał tej siedemnastolatki? W końcu była piękna, młoda i zdrowa, więc dlaczego nie skorzystał z jej usług? Borys nie wspomina, że te pięćdziesiąt franków to było drogo. No, chyba, że jej ojczulek kłamał i taka zdrowa to ona nie była. Ale ja tam wierzę mu na słowo, nie jestem przecież antysemitą.


        To może inaczej, wytropmy antysemitę to łatwiej będzie nam wskazać antysemityzm! Może Orwell, bo napisał to, co Borys powiedział? Raczej nie, bo Wielka Brytania chyba nie da się zaszantażować „przemysłowi holocaust” i żadnych odszkodowań nikomu nie wypłaci. Może Rosjanin-Borys bo opowiedział, to co widział? Też chyba nie, bo przecież z Rosją mamy teraz, po katastrofie smoleńskiej, pojednanie na całej linii, tak daleko idące, że Andrzej Kunert szef Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa wystawił pomnik za nasze pieniądze żołnierzom bolszewickim, którzy walczyli z Polska i chcieli naszej Ojczyźnie odebrać niepodległość, a po drugie wcale nie ma pewności czy taki Borys sobie istniał.


        Wiem, że obowiązuje jedynie słuszne twierdzenie, że Polscy to antysemici, bo za to teraz płacą i pewnie należy się tego doszukać w tym tekście. Ale za cholerę nie ma tu żadnego Polaka! Orwell, a właściwie Eric Arthur Blair, to Anglik, Borys to Rosjanin, stręczyciel i prostytutka to Żydzi. Tylko piszący te słowa to Polak i pewnie to wystarczy. Jak to powiedział Feliks Dzierżyński „Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”. Albo inaczej. W wygłoszonym w październiku 1801  r. wykładzie Jerzy Wilhelm Fryderyk Hegel przedstawiał wypracowany przez siebie dowód, iż między Marsem a Jowiszem nie może istnieć żaden obiekt planetopodobny. Dowód ten  miał tę wadę, iż jego zasadnicza teza  była  fałszywa  już w momencie dowodzenia, gdyż 1 stycznia 1801  r.  G.  Piazzi  odkrył pierwszą planetoidę Ceres właśnie w tych  rejonach  przestrzeni,  w  których według spekulacji Hegla istnienie  planetoid  było  wykluczone.  Na  wieść  o tym odkryciu Hegel miał powiedzieć, że skoro  fakty  przeczą  teorii,  to tym gorzej dla faktów.


        Skoro nieopatrznie sam siebie zdemaskowałem jako antysemitę, to zastanawiam się jaka kara mnie czeka? No właśnie, jaka? Łagier w sowieckim stylu, obóz koncentracyjny w niemieckim, czy bez żadnych ceregieli kula w tył głowy? A może wymyślili już coś nowego? W każdym bądź razie od dziś będę cały czas nosił przy sobie szczoteczkę do zębów.

 

(Zapraszam do galerii obrazów A. Horopa, zob. ulubione blogi.)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Szable w dłoń i do powstania

sobota, 19 lutego 2011 19:37

       Nadzieje, że w drodze parlamentarnej uda się przeprowadzić korzystne do społeczeństwa zmiany dawno już pierzchły, jeśli w ogóle ktoś je miał. Istniejące wady państwa można długo wymieniać: coraz większe uzależnienie Polski od Brukseli (brukselski urzędnik ma już dziś więcej do powiedzenia nawet w błahych sprawach dotyczących naszej Ojczyzny, niż Polacy, co pokazała np. sprawa obwodnicy Augustowa), etatyzm w gospodarce, prawa i wolności jednostki fikcją, wszechwładza urzędników, prowadzący działalność gospodarczą traktowani jak zło konieczne, prawnicy stanowiący nadal rodzinną kastę, dostęp do stołków urzędniczych ograniczony tylko dla rodzin i znajomych urzędników.


        Skoro osoby pracujące dla struktur państwa: wymiaru sprawiedliwości, policji, urzędnicy, mogą się zmówić i doprowadzić do bankructwa dowolnego przedsiębiorcę, a jego samego za nic wpakować do więzienia (o zdarzeniach takich informują media, choćby program Elżbiety Jaworowicz,), skoro mogą brać udział w ukrywaniu sprawców morderstwa, jeśli nie w samym morderstwie, co pokazuje sprawa porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika, to po co komu takie państwo? Odpowiedź jest jedna: „im”, tym, którzy opanowali struktury państwa i bogacą się kosztem całego społeczeństwa. Skoro okazuje się, że struktury państwa są zagrożeniem dla obywateli, najwyższy czas, aby sięgnąć po kroki ostateczne.


        Droga parlamentarna uzdrowienia państwa zawiodła, a o ile znam historię, to inną formą walki jaką wybierali nasi przodkowie, była walka orężna (podkreślam, nasi przodkowie, a nie „ich”, bo „ich” przodkowie, to mordowali żołnierzy AK, NSZ i WiN, rozkułaczali chłopa, współpracowali z UB i Informacją Wojskową). Praca u podstaw w obecnych warunkach niewiele zmieni, może tylko poprawi nam na chwilę samopoczucie. Brzmi to śmiesznie, ale forma orężnej walki jest jedyną jaka daje choćby cień nadziei na naprawę państwa, a już na pewno ma ona większe szanse powodzenia, niż ciągle liczenie, że rządzący bez presji siłowej wprowadzą korzystne dla społeczeństwa rozwiązania.


        Powstania raczej nam się nie udawały, ale nie brakowało też sukcesów: Powstanie Wielkopolskie w przededniu wkroczenia wojsk Napoleona na ziemie polskie, Powstanie Wielkopolskie z 1918 r., czy III Powstanie Śląskie. Wystarczy odrobina dobrej woli i odejście od interpretacji z podstawówki, aby zauważyć, że Powstanie Listopadowe udało się: uwolniono od wojsk carskich Królestwo Polskie, powstały władze polskie, liczna armia polska. Nie powiodła się wojna w obronie Powstania. Więc cóż, gdyby każdy kto kocha Polskę wziął to, co ma pod ręką: szablę, siekierę, widły, nóż kuchenny, choćby kij od miotły i zebralibyśmy się o świcie, to już po południu żylibyśmy w wolnym kraju. Ich wcale nie jest tak dużo! Oddziały milicji i wojska idące im w sukurs zablokowaliby na drogach właściciele samochodów i po krzyku.


        Jeśli powstanie wydaje się zbyt ambitnym przedsięwzięciem, to utwórzmy powszechną konspirację i Rząd Narodowy. Podobno Polacy mają wprawę w tworzeniu konspiracji: konspiracja w okresie Powstania Styczniowego, Państwo Podziemne w czasie II wojny światowej, Solidarność Walcząca z lat osiemdziesiątych. Rząd Narodowy ogłosiłby manifest pozbawiający prezydenta i rząd władzy oraz rozwiązałby parlament z powodu łamania przez te organy Konstytucji, czego dobitnym przykładem są ich działania na rzecz pozbawienia Polski niepodległości. Wszak to Artykuł 6 Konstytucji mówi, że „Rzeczpospolita Polska strzeże niepodległości i nienaruszalności swojego terytorium”, a przyjęty przez władze III RP traktat lizboński pozbawia Polskę niepodległości. Rząd Narodowy ogłosiłby pełną suwerenność Polski i nie uznawanie aktów prawnych obcych tworów państwowych, czyli Unii Europejskiej, Rosji itd., zniósłby większość podatków, istniejące obniżył, wprowadziłby wolność działalności gospodarczej, zlikwidowałby korporacje zawodowe, rozgoniłby biurokrację i złodziei żerujących na państwie… itd. itd.


        Jeśli powołanie Rządu Narodowego wydaje się zbyt ambitnym przedsięwzięciem, to utwórzmy choć konspirację i tajne oddziały zbrojne. Partyzanci napadaliby na ZUS i odbieraliby składki dla tych, którzy nie chcą tam odkładać na swoje emerytury. Do urzędów (dzięki daniu w łapę) wprowadzalibyśmy swoich ludzi, którzy będą w miarę możliwości likwidowali biurokratyczne nonsensy, kompetentnie odsługiwali petentów, a przynajmniej będą uprzejmi. Będziemy wręczać łapówki sędziom, aby uczciwie sądzili, prokuratorom, aby chciało im się prowadzić śledztwa, a policjantom, aby łaskawie od czasu do czasu złapali jakiegoś złodzieja. Nieuczciwym urzędnikom, wysługującym się mafii, politykom, esbecji, kradnącym pieniądze podatników, zatrudniającym rodzinę i znajomych, golilibyśmy głowy. Pewnie też niejeden dostałby kulę w łeb, bo oni okrutnie na lewe pieniądze łasi i łatwo ich tego się nie oduczy. Można by też próbować wprowadzić swoją agenturę do struktur władzy, aby w porę można było ostrzegać ludzi przed nowymi pułapkami szykowanymi przez rządzących. W ramach Małego Sabotażu na ścianach urzędów malowalibyśmy hasła zachęcające ludzi do oporu wobec wszechwładzy i arogancji urzędników.


        Chciałem niedawno kupić na aukcji internetowej szablę bojową, nie jakąś ozdobną tandetę do powieszenia na ścianie, ale prawdziwą, którą można zrobić ku ku. Ale po co mi szabla, wystarczy obuch do ogłuszania świń, wszak to nie ze szlachtą będziemy mieli do czynienia. I na koniec jeszcze jedno zdanie, dla tych, którzy już zęby sobie ostrzą, aby w polemice zmiażdżyć mój tok rozumowania: ten tekst, to tylko ironia, bardzo gorzka, żart przez łzy….

 

(Zapraszam do galerii obrazów A. Horopa, zob. Ulubione blogi!)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Dogadać się z PiS czy...?

sobota, 12 lutego 2011 18:05

       Na „Nowym Ekranie” zamieściłem artykuł, pt. „Czas wreszcie się obudzić i zacząć żyć wedle reguł okupacyjnych”. Tytuł jest cytatem z artykułu, jaki ukazał się w styczniowym numerze miesięcznika „Opcja na Prawo”. W tekście tym nie zająłem stanowiska, czy wrzucać karteczki do urn, czy też nie, ale skupiłem się na omówieniu manipulacji, jakimi podawani jesteśmy przed głosowaniem i konsekwencji udziału w wyborach.


        W komentarzu zamieszczonym pod wspomnianym artykułem, Marek Kajdas napisał: „Bóg jest nadzieją zawsze, ale jest także jeszcze Naród Polski, zorganizujmy się, a zobaczycie że to wiele zmieni. Co do polityki, to trzeba wchodzić do PiS, albo choć na listy wyborcze PiS i z tej strony coś próbować zrobić pozytywnego”. I dalej: „Proponuje zawrzeć z PiS pakt prawicy, to teraz realniejsze niż w 2005 roku kiedy odrzucił PiS nawet Ruch Patriotyczny (zresztą 1% zyskał) ale gdyby miał ten 1% plus premia za zjednoczenie ze 2%, to byłoby 3% i już koalicja z samym LPR czy PSL byłaby wystarczająca, a może nawet mniejszościowe rządy. Dla dobra Polski dogadajmy się z PiS. W tym krytycznym 2011 roku, co będzie dalej to będzie, ale liczy się tu i teraz”. W kolejnym komentarzu dodał: „Odpowiednia umowa wymusi na PiS zmiany polityki, albo całkiem stracą twarz, Honor”.


        Koncepcja Pana Marka jest więc jasna: dogadać się z Jarosławem Kaczyńskim, kandydować z list PiS i dzięki temu wejść do sejmu.


        Problem polega jednak na tym, że karty trzyma Jarosław Kaczyński i niby dlaczego miałby umawiać się z kimkolwiek na cokolwiek? Potencjalny jeden, dwa czy nawet trzy procenty jako „premia za zjednoczenie” mogą nie robić mu aż tak wielkiej różnicy, zwłaszcza, że są tylko potencjalne. Tym bardziej po doświadczeniach z Markiem Migalskim, który to najpierw mądrował się w telewizorze zapominając, że w zdegenerowanym środowisku naukowym, do którego należał (czy też należy) obowiązują zależności feudalne (ślepa wierność wobec swego seniora, a co za tym idzie, ściśle ustalona kolejność dziobania), co skutkuje zasadą, że karierę naukową w Polsce mogą robić tylko mierni ale wierni i nie należy wychodzić przez szereg, a później zorientował się, że nie ma chętnych, żeby przepchnąć mu habilitacje. Poszedł nawet do telewizora i w programie Bronisława Wildsteina psioczył na swego dziekana czy jakiegoś innego swego zwierzchnika, za to, że ten po 1989 r. niczego nie napisał, czy coś podobnego, tak, jakby w tym środowisku było to coś wyjątkowego. Nic więc dziwnego, że żadna uczelnia (tzn. żadna klika profesorów, która przejęła kontrolę nad uczelniami) nie chciała mu dać tej upragnionej habilitacji.


        No i, żeby nie biedował, to Jarosław Kaczyński wpisał go na listę PiS w wyborach do Europarlamentu, gdzie sobie europoseł Marek Migalski teraz siedzi i bierze kasę za to siedzenie. Zdaje się, że oni tam biorą spore pieniądze. Na portalu Money.pl przeczytałem: „Polski europoseł, który w Brukseli czy w Strasburgu spędza miesięcznie średnio zaledwie 16 dni, może zaoszczędzić rocznie z diet i ryczałtów za dojazdy co najmniej 100 tysięcy euro.” I tak przez pięć lat! Wychodzą z tego grube miliony, więc taki Marek Migalski, co to niedawno jeszcze biadolił, że nikt mu nie chce przepchnąć habilitacji, może do końca życia nic nie robić, a jeszcze dzieciom i wnukom wystarczy. I zawdzięcza to Kaczyńskiemu. I zamiast Kaczyńskiego do końca życia po łapach całować, to on wypiął się na niego. Trudno więc oczekiwać, że po doświadczeniach z Migalskim, i nie tylko z Migalskim, Kaczyński będzie przyjmował na listy wyborcze Prawa i Sprawiedliwości ludzi innych niż wiernych, a na wysokie miejsca najbardziej wiernych. I ja mu się nie dziwię.


        Co będzie czas pokaże. Może się pomyliłem, może czegoś nie wiem. Najlepiej byłoby, gdyby coraz więcej ludzi przestało dawać wodzić się za nos telewizorowi, politykom i sami, „na zimno”, oceniali rzeczywistość w tej naszej biednej Polsce, czego, cytując z pamięci słowa Henryka Sienkiewicza z noweli „Szkice węglem”, wam i sobie życzę. Amen.

 

Zapraszam do galerii obrazów A. Horopa, zob. ulubione blogi


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Biznes w XVIII wieku

sobota, 05 lutego 2011 16:52

       Bohdan Baranowski w jednej ze swoich książek wspomina o furmanie żyjącym w XVIII wieku w Wilnie - Kazimierzu Stanisławskim. Wiele o nim nie wiemy, ale te informacje, które zachowały się w źródłach mogą skłonić do paru refleksji o tamtych i obecnych czasach. Jak zwykle, gdy porównuje się stan Polski i sytuację Polaków przed wiekami z III RP i sytuacją jej mieszkańców, to trudno o wesołe refleksje. Ale co tam! Czasem lepiej się trochę zasmucić niż śmiać się jak głupi do sera.


        Kazimierz Stanisławski przyszedł na świat w rodzinie, w której zawód był dziedziczony z pokolenia na pokolenie. Jego dziad i ojciec trudnili się furmaństwem. Wiemy, że ten drugi specjalizował się w wyjazdach do Prus Wschodnich (dawnych Prus Książęcych) i takiej też specjalizacji pragnął najwyraźniej dla swego syna. Oto bowiem, nie tylko sam uczył Kazimierza fachu, ale też, zgodnie z ówczesną praktyką rzemieślników, wysłał go na 3 lata do „pana Bursza królewieckiego furmana” (pewnie jakiegoś swojego znajomego), aby tam podpatrywał to, co najlepsze w furmańskiej profesji, nauczył się języka niemieckiego, obyczajów panujących w Prusach oraz sposobu postępowania z tamtejszymi urzędnikami i żołnierzami. I wszystko. A teraz, zaraz po szkołach ludziska trafiają prosto do Urzędu Pracy, aby zarejestrować się jako bezrobotni, a dziatwa, mimo, że od małego jest nauczana w szkołach języków obcych, jakoś nie chce gadać „po cudzoziemsku”. Proszę, kiedyś, aby zdobyć dochodowy zawód nie trzeba było szkół, studiów, zwykłych, licencjackich i podyplomowych, Ministerstwa Edukacji Narodowej, programów nauczania, dyrektorów szkół i zastępców dyrektorów, a nawet kuratoriów. Ojciec nauczył syna profesji i wystarczyło.


        I tak sobie Kazimierz Stanisławski woził ludzi, za pieniądze oczywiście, zgodnie ze swą specjalnością po państwie pruskim, a to do Królewca, a to do Kłajpedy, Berlina, Drezna, Frankfurtu nad Odrą czy Lipska. I proszę, woził tych ludzi bez pozwolenia na przewóz osób, pozwolenia na pracę, bez ZUS-u, badań okresowych, zdrowotnych, składki rentowej, kursu obsługi konia, dowodu rejestracyjnego wozu i innych papierów. Wychodzi na to, że one wcale nie są potrzebne, żeby przewieźć człowieka z punktu A do punktu B. Ciekawe czy o tym wiedzą urzędnicy i partia rządząca obecnie III RP, która to zapowiadała wyzwalanie energii Polaków?


        W 1755 r. przyjechał do Wilna pewien oficer narodowości francuskiej, który jakiś czas służył w armii rosyjskiej. Podróżował on wraz z żoną z Petersburga do swojej ojczyzny. I ów wojak zaproponował Stanisławskiemu, aby ten zawiózł go do Drezna. Stanisławskiemu akurat ten kurs nie za bardzo odpowiadał, właśnie wrócił z Prus i miał zmęczone chabety. Ale skoro klientowi spieszyło się, obrotny furman kupił dwa młode koniska o dużej wartości. Miał zamiar sprzedać je w Dreźnie, gdzie ceny koni były znacznie wyższe niż w Wilnie. Kupił też nową, solidną i kosztowną kolasę. No tak, ale nie zapłacił podatku od wzbogacenia, nie musiał kolasy rejestrować, zwierząt księgować, nie musiał płacić ZUS-u i stu innych podatków, opłat, danin, więc miał czas i pieniądze, aby zapewnić wygodną i bezpieczną podróż swemu klientowi. W końcu co nowe to nowe i co solidne to solidne! Gdyby i dzisiaj wszystko było tak proste, to pewnie po naszych drogach jeździłoby więcej nowych, bezpieczniejszych autobusów, ale skoro właściciele firm przewozowych muszę płacić na każdym kroku za certyfikaty, badania, pozwolenia itd. do tego podatki i łapówki to w kieszeniach nie zostaje im, aż tak wiele pieniędzy. I za co mają kupić nowy autokar? Ale gdyby było inaczej, to z czego żyliby urzędnicy i za co braliby łapówki? A te konie, to Stanisławski wywiózł z Rzeczypospolitej bez zgody władz weterynaryjnych, bez ich życiorysu, obrączek, kolczyków i paru innych rzeczy. Gdyby musiał załatwić tyle różnych spraw biurokratycznych na jakie skazani są przedsiębiorcy w III RP, to pewnie trwałoby to kilka miesięcy i pewnie klient prędzej zaszedłby na nogach z Wilna do Drezna niosąc na plecach żonę.


        Ale wtedy też łatwo nie było. W zajeździe na Pradze dwóch miejscowych złodziejaszków próbowało Stanisławskiemu ukraść konie, ale dzielny furman „przy pomocy pistoletów”, które zawsze woził ze sobą, zmusił ich do ucieczki. Niestety, nie wiemy czy wystrzelił, czy tylko pomachał pistoletami. Dla nas ważniejsze jest to, że teraz, po pierwsze nie miałby pozwolenia na broń, bo przecież on ani z milicji, ani z mafii. Po drugie, nawet gdyby miał pozwolenie i użyłby broni, to zaraz spadłaby mu na głowę policja i nuże go aresztować, nuże przesłuchiwać, nuże osadzać w areszcie, nuże dochodzenia czynić. Nieważne, że bronił się przed kradzieżą! Jeśli wystrzelił i trafił złodzieja, to może dopiero po dziesięciu latach jakiś sąd w końcu uznałby, że była to obrona konieczna, ale takiej pewności nie ma. Grunt, że przez ten czas cały interes mieszkańca Wilna szlag by trafił. Oczywiście, gdyby to miało miejsce w III RP, Stanisławski, skoro, jak widzimy, był człowiekiem rozsądnym, pozwoliłby okraść się z tych dwóch koni. Straciłby na tym mniej, niż gdyby się bronił przed złodziejami.


        Po paru przygodach, dwukrotnym wręczaniu łapówek, najpierw saskim, później pruskim żołnierzom, którzy wówczas pełnili funkcję kogoś w rodzaju celników i straży granicznej (widać u nich nic się nie zmienia, może tylko wysokość pobieranych łapówek), przez Drezno, gdzie rozstał się z francuskim małżeństwem, z innym klientem, dotarł do Berlina. W Berlinie za dobrą cenę sprzedał dwa młode konie i kolaskę, a kupił dwa starsze, które jednak mogły jeszcze parę lat pracować oraz zwykły, chłopski wóz. Na koniach zarobił całkiem sporo. W stolicy Prus udało mu się też zakupić po niskiej cenie dużą ilość farby, o której wiedział, że jest poszukiwana przez wileńskich sukienników i garbarzy. I proszę, zrobił to bez pozwolenia na przewóz chemikaliów, bez dostosowania pojazdu do przewozu tego typu towarów, bez oznaczeń, szkoleń dla kierowców i paru innych rzeczy! W drodze powrotnej do domu przytrafiło mu się „świadczyć furmańską usługę”, jakiejś starszej pani, która podróżowała z „dwoma młódkami” do Warszawy, oraz wieźć z Warszawy do Wilna stół dla jakiegoś ziemianina.


        Stanisławski zarobił na świadczonych przez siebie usługach i dokonanych transakcjach niemało pieniędzy. W III RP latałby od urzędu do urzędu po pozwolenia, przechodziłby szkolenia, latałby na kursy, stał w kolejce po certyfikaty, kupował znaczki skarbowe, bulił za każdy niepotrzebny do niczego świstek papieru i tak dalej i tak dalej. Proszę, ta „zła” Rzeczpospolita szlachecka, z podziałami stanowymi, przywilejami itd., zapewniała swoim mieszkańcom większą wolność gospodarczą niż ta wspaniała III RP. I po co komu ta III RP?

 

(Zapraszam do galerii obrazów A. Horopa, zob. ulubione bloogi.)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

czwartek, 23 lutego 2017

Licznik odwiedzin:  14 499