Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 259 765 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Do końca roku zostało

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 15493
Wpisy
  • liczba: 198
Bloog istnieje od: 2551 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl

Kategorie

Nie matura lecz chęć szczera...

sobota, 26 maja 2012 20:14

Na jednym z portali internetowych zmieszczono artykulik, w którego tytule postawiono pytanie czy Kubuś Wojewódzki zna język angielski. Tekstu oczywiście nie czytałem, nie obchodzą mnie takie głupoty. A co do znajomości języków… nie od dziś wiadomo, że „nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera”.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

O "aferze" Jana Tomaszewskiego

poniedziałek, 14 maja 2012 21:11

Zdaje się, że ubeckie media wyszukały kolejną aferę PiS, kto wie, może nawet większą niż afera dorszowa! Oto okazało się, że Jana Tomaszewski, który to jest posłem czy senatorem z ramienia PiS coś tam powiedział, do czego przyczepili się propagandyści i dzięki temu jest afera! Okazuje się, że nawet parlamentarzystom nie tylko już nie wolno przegłosowywać takich ustaw na jakie mieliby ochotę, bo już głównie zajmują się tym co sobie życzy Unia Europejska, ale też nie wolno im mówić tego, co by chcieli. Widocznie w europejskiej „demokracji’ tak ma być. Nie jest to żadna nowość. Różni piewcy Związku Sowieckiego głosili, że Kraj Rad jest najbardziej demokratycznym państwem na świecie, a konstytucja stalinowska najbardziej demokratyczną. Wszyscy tam, przynajmniej w sferze publicznej, mówili to samo. Widać tak ma być też i u nas. Jakże w tym miejscu nie wspomnieć, że żyją jeszcze fachowcy, którzy demokrację ludową nad Wisłą zaprowadzali, choćby taki Stefan Michnik, przyrodni brat Adama Michnika, który z jakiegoś powodu nie przyjął porządnego ojcowego nazwiska Szechter, tylko matczyne, co w tym wypadku niczego nie zmienia.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Weekend między psimi gównami

wtorek, 01 maja 2012 14:15

        Jeśli wierzyć jedynie słusznym mediom jedyną troską Polaków przynajmniej przed tzw. długim weekendem jest pogoda. Widać funkcjonariusze, którzy zawiadują telewizorami, radiami itp. orzekli, iż tania siła robocza nad Wisłą powinna zajmować się tylko tym, czy za oknem jest 20 czy 22 stopnie Celsjusza. Adolf Hitler podobno uważał, że za cały potencjał umysłowy Polakom wystarczy to, że będę umieli liczyć do trzystu. Zdaje się, że ówczesny kanclerz Niemiec aż tak nie pogardzał naszym narodem jak obecni okupanci. Ale trudno się temu dziwić, w II RP funkcjonowało sporo niegłupich ludzi, a to naukowców, a to artystów, była w miarę normalna warstwa inteligencka, ziemianie itd. A teraz szkoda gadać, te profesóry, „artyści”, wyhodowana przez komunę inteligencja pracująca to co tu dużo pisać jeden durniejszy od drugiego. Nie jest to zaskakujące w końcu komuna poczyniła większe spustoszenia w narodzie polskim niż zabory.

        To uporczywe wmawianie nam, że najważniejsze jest to czy będzie świeciło słonko czy padał deszczyk, przed kolejną rocznicą uchwalenia Konstytucji 3 Maja może wskazywać, że oni chcą, aby dywagacje o pogodzie zastąpiły refleksję nad stanem państwa wtedy w przeddzień rozbiorów i teraz, gdy Polska po wejściu w życie traktatu lizbońskiego straciła niepodległości na rzecz podporządkowanego Niemcom tworu o nazwie Unia Europejska, gdy Polska nie jest wspólnym dobrem obywateli, ale czymś w rodzaju aparatu przymusu, który ma obłupiać zwykłych Polaków, tylko po to, aby zapewnić dostatnie życie mafii, sitw, koterii, grup przestępczych itd.

        Kiedyś, dajmy na to w takiej II RP, warstwą przywódczą narodu byli ziemianie, inteligencja, księża, artyści, naukowcy itp. Po podbiciu naszego państwa w 1939 r. Niemcy i Sowieci zawzięcie zwalczali te grupy społeczne. Wystarczy pozbawić naród jego warstwy przywódczej, aby przestał być narodem – mniej więcej coś takiego powiedział Hitler. Bolszewicy mówili raczej o likwidacji propaństwowych warstwy, grup czy jednostek, nie pamiętam dokładanie, w każdym bądź razie chodziło im o to samo. Komuna dokończyła dzieła: część przywódczej warstwy narodu zabili, części uniemożliwili zajmowanie należnego im miejsca w społeczeństwie i państwie. Co gorsze wzięli się za inżynierię społeczną i wyhodowali „inteligencje pracującą”, która to wraz z członkami partii komunistycznej i funkcjonariuszami bezpieki miała stanowić górną warstwę w państwie, coś w rodzaju warstwy przywódczej. Ironicznie mówiąc, brali durnia, wysyłali go na kurs ideologiczny i zostawał nauczycielem, ubekiem czy kierownikiem spółdzielni produkcyjnej, a po „studiach” w jakimś instytucie marksizmu-leninizmu przy KC PZPR to nawet profesorem. To, że byli durni to tym lepiej, jaki jest aktualny kurs partii zawsze mogli wyczytać w Trybunie Ludu, a tym co było w Trybunie Ludu zawiadywali lepsi od nich fachowcy, tacy co to w tych „wojskowych szynelach” przyleźli czy jakoś tak.

        Można by ten wywód ciągnąć dalej, ale w każdym bądź razie jasne jest, że ci, którzy teraz chcą krótko trzymać Polaków za mordy, żeby ci nie pisnęli nawet gdyby państwo polskie spotykały kolejne, jeszcze większe nieszczęścia, nie mają co się przejmować tymi, którzy są żałosną karykaturą elit. Oni co w każdej sytuacji trzeba myśleć przeczytają sobie w Gazecie Wyborczej, powiedzą im na Polsacie czy TVN. A co z resztą Polaków? No cóż, trzeba z nich zrobić bydło nie zainteresowane polityką, stanem państwa, gospodarką, literaturą, malarstwem, historią czyli konsumentów. A konsument, jak to konsument, jego ambicją jest co najwyżej posiadanie reklamowanego w telewizorze telefonu komórkowego czy jakiegoś innego pierdułka, nażreć się, wypróżnić, żeby znowu móc się nażreć i oczywiście pogoda na długi weekend. Bo wiadomo, jak jest ładna pogoda, to można między psimi gównami poleżeć na miejskim skwerku, potaplać się w fontannie, a jak pada deszcz to trzeba gapić się w telewizor.

I dlatego tyle ględzenia o tej pogodzie. Tym bardziej jest to wygodny temat, że nie mamy na pogodę wpływu, a na stan państwa możemy mieć. Ale przecież nie po to generał Czesław Kiszczak organizował „transformację ustrojową”, żebyśmy mieli coś do powiedzenia w Polsce.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

O złodziejach, którzy są na górze

niedziela, 15 kwietnia 2012 20:33

Ciekawe, że władze nie mają pieniędzy na wypłaty wypracowanych przez ludzi emerytur, ale mają forsę (w telewizorze mówili, że 3 miliony!) na kampanie propagandowe zachwalające pracę do 67 roku życia. Jeśliby ktoś powiedział, że oni potrafią wykorzystać każdy pretekst, żeby kraść, to można się z nim zgodzić.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Dzięki trupowi do celu

środa, 11 kwietnia 2012 18:14

„Rutkowski był gościem cyklu spotkań ze znanymi ludźmi pod hasłem "Coolturalne środy" w Kaliszu. To wtedy właśnie, odpowiadając na pytania z sali, mówił o śmierci Leppera” – napisała niezawodna Wirtualna Polska. Oczywiście powiedział, że było to samobójstwo. O ile się nie mylę Krzysztof Rutkowski został skazany przez sąd na więzienie za jakiś udział w aferze paliwowej. Były detektyw zapowiedział odwołanie od wyroku.

Biorąc te fakty pod uwagę i to, kto rządzi III RP i dyryguje tymi wszystkimi sądami, trudno się dziwić, że były zomowiec mówi to, co mówi. Nie wiem czy to wystarczy do zmiany wyroku, ale jest na dobrej drodze. Te zapewnienia z każdej strony, że szef Samoobrony popełnił samobójstwo każą się zastanowić, czy aby na pewno było to samobójstwo. W końcu osobnicy zamieszani w porwanie i zamordowanie Krzysztofa Olewnika jeden po drugim popełniali „samobójstwa” w celach monitorowanych 24 godziny na dobę i też czynili to przy pomocy sznura.

Najbardziej w tej propagandowej zagrywce śmieszy to spontaniczne pytanie z sali. I co to za kulturalne środy, skoro zapraszają tam Rutkowskiego. Aha, to nie kulturalne środy, tylko „coolturalne”, co wszystko wyjaśnia. I na takie gówno są pieniądze.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

O rosyjskich przyjaciołach premiera Tuska

wtorek, 10 kwietnia 2012 1:40

Na Wirtualnej Polsce przeczytałem, że przedstawiciel Komitetu Śledczego Federacji Rosyjskiej zapowiedział, że wobec mieszkańca Smoleńska, u którego w marcu znaleziono fragmenty polskiego Tu-154, który rozbił się niedaleko Smoleńska mając na pokładzie 96 osób wraz z prezydentem Lechem Kaczyńskim, podjęte zostaną decyzje procesowe. „Nie wykluczył on, że przeciwko tej osobie wszczęte zostanie śledztwo z artykułów: 158 (kradzież) i 175 (kupno lub sprzedaż przedmiotów pochodzących z przestępstwa) Kodeksu Karnego Rosji”.

 

        Nasuwa się pytanie, z jakiego przestępstwa pochodzą te przedmioty. Dzięki Ewie Kopacz która teraz pełni funkcję Marszałka Sejmu, a jeszcze niedawno była ministrem zdrowia, wiemy, że miejsce katastrofy polskiego samolotu „nasi rosyjscy przyjaciele” raz dwa przegrzebali metr czy dwa metry w głąb. Skoro tak było to trudno przypuścić, żeby „nasi rosyjscy przyjaciele” przeoczyli jakiś fragment. W takim razie mogą to być szczątki innego samolotu. Ale czy w okolicach Smoleńska była jeszcze jakaś inna katastrofa lotnicza? Chyba nie, bo jakoś w telewizorze ci różni „niezależni eksperci” nic o tym nie mówili. Wygląda więc na to, że człowiek miał w garażu trochę złomu z jakiegoś samolotu, o co chyba w Rosji w pobliżu bazy lotniczej nie tak trudno. Ale to nie wyjaśnia dlaczego zamiast miejscowego milicjanta zajmują się nim tak ważne organa śledcze. Chyba nie sądzą Państwo, że Ewa Kopacz mówiąc o przesiewaniu ziemi „rozminęła się z prawdą”. To by bowiem oznaczało, że w państwie „rządzonym” (cudzysłów dlatego, że tak naprawdę III RP rządzą służby specjalne z komunistycznym rodowodem) przez Platformę Obywatelską im ktoś jest większą świnią tym jest wyżej. Wiadomo, Polską rządzą fachowcy i stąd te wszystkie sukcesy.

 

        „O odnalezieniu szczątków Tu-154M poinformowali w połowie marca samorządowcy ze stołecznego Ursynowa po powrocie ze Smoleńska. Przekazali oni, że podczas wizyty na miejscu katastrofy zostali zaczepieni przez okolicznego mieszkańca, który zaprowadził ich do swojego garażu i pokazał m.in. części wraku samolotu. Burmistrz Ursynowa Piotr Guział ujawnił, że mężczyzna posiadający szczątki samolotu mówił, iż odkupił je od zbieraczy złomu. - Dokonaliśmy dokumentacji zdjęciowej i odeszliśmy z tamtego miejsca - powiedział. Guział dodał, że towarzyszący polskiej delegacji przedstawiciele lokalnych władz smoleńskich powiadomili o fakcie znalezienia szczątków z katastrofy rosyjską prokuraturę. - Człowiek, który pokazał nam te rzeczy, miał jak najbardziej dobre chęci, nie chciał nam ich sprzedać, tylko oddać; uratował te szczątki, odkupując je od złomiarzy - zaznaczył burmistrz” – tyle WP.

 

        Jak tu nie przytoczyć komentarza internautki o pseudominie kasia: „Biedny Rosjanin chciał być uczciwy wobec Polaków i oddać im szczątki z katastrofy, żeby mogli wyjaśnić tą sprawę. A Polacy co??? Polacy oczywiście oddają wszystko Ruskom!!! - żeby ci kolejny raz zrobili ekspertyzy i raport "po swojemu"!!! Co za banda nieudaczników rządzi Polską!!! Wciskają ludziom ciemnotę i myślą, że ludzie są tacy głupi i w to uwierzą!!! Zęby się zaciskają, żeby tylko nie skomentować tego ostrzej!!! Inny internauta, onieznajomy, napisał: „Facet pozbierał części pozanosił je do garażu - przeciwko tej osobie wszczęte zostanie śledztwo. Wreszcie mamy winnego”. A summa tak skomentował: „No i mleko się rozlało; chłop kupił części i chciał oddać je Polakom za darmo, a teraz jest skończony. Taka jest rzeczywistość w Rosji. Dobrze dla niego będzie jak uratuje życie”.

 

        Dla władz III RP „rosyjscy przyjaciele” to rosyjskie władze, z agentem KGB na czele. (Jeśli chodzi o Białoruś to z jakiegoś powodu jest dokładnie odwrotnie, przyjaciółmi są opozycjoniści, a Łukaszenka tyranem i despotą, chociaż z Czeczenią Putin rozprawił się nieporównywalnie bardziej bezwzględnie niż Łukaszenka z opozycją na Białorusi.) Z nimi pan premier Donald Tusk kombinował jak nie dopuścić do wspólnej wizyty premiera i prezydenta Polski w Katyniu, im oddał, mimo podpisanych umów, śledztwo w sprawie katastrofy, a „nasi rosyjscy przyjaciele” ani myślą oddać wraku polskiego samolotu, który tam gdzieś niszczeje, ani myślą przekazać czarnych skrzynek , ani myślą rzetelnie prowadzić śledztwo, za to upokarzają stronę polską podając „informacje” o pijanym generale w kokpicie samolotu itd. Wiadomo, jakieś stosunki trzeba z Rosją utrzymywać, ale po co zaraz tak dać się tresować, przecież wszyscy to widzą i wyciągają wnioski. Tym bardziej, że to nic dobrego nie daje, Moskwa i tak robi swoje czy im się pajace znad Wisły podlizują czy nie. Może też o to chodzi, może ten „realizm”, „elastyczność” pana premiera wobec strategicznego partnera Niemiec zostaną docenione w Berlinie i Tusk dostanie jakieś miejsce przy korycie w Brukseli. Zawsze też „nasi rosyjscy przyjaciele” mogą opowiedzieć jak to razem ze stroną polską kombinowali, żeby prezydent Lech Kaczyński nie odbył wspólnej z premierem Tuskiem wizyty w Katyniu. A takie knucie z przedstawicielami innego państwa przeciwko głowie państwa polskiego, to zdaje się coś poważniejszego niż stadion, który mimo, że został już trzy razy otwarty to nadal jest zamknięty. Stąd wniosek, że jak się nie potrafi to lepiej nie brać się za politykę, tylko robić, to co się umie najlepiej, np. kopać sobie piłeczkę z innymi dziadkami. Z KGB żartów nie ma więc nie ma co się dziwić, że te premiery, prezydenty, ministry itp. tańczą jak im „rosyjscy przyjaciele” zagrają.

 

        Przyjmując, że to co podają media w sprawie mieszkańca Smoleńska jest prawdą, można powiedzieć, że jak się znalazł Rosjanin-prawdziwy przyjaciel Polski, który chociaż parę kawałków samolotu uratował przed zniszczeniem (skoro odkupił od złomiarzy to prędzej czy później te kawałki pewnie zostałyby przetopione w hucie, tak jak to zwykle jest ze złomem) i chciał oddać przedstawicielom jakichś władz z Polski (pewnie nie rozróżniał czy to władze państwowe, samorządowe, czy jeszcze jakieś inne), to za to może teraz pójść siedzieć. Widać w Rosji miejsce przyjaciół Polski jest w więzieniu, bo jeśli go zamknął to tak naprawdę nie za gromadzenie fragmentów samolotu, ale za to, że chciał te fragmenty przekazać Polakom.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

O "środkach zapobiegawczych" i nie tylko

sobota, 07 kwietnia 2012 23:27

Podobno te całe prokuratury, sądy, czy kto tam jeszcze matce sześciomiesięcznej Magdy, która zginęła w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach, postawiły zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci dziecka, powiadomienia o niepopełnionym przestępstwie (rzekome porwanie) oraz tworzenia fałszywych dowodów (kierowanie śledztwa przeciwko rzekomemu porywaczowi), ale nie zastosowały żadnego „środka zapobiegawczego”, np. zakazu opuszczania kraju. Ciekaw jestem, czy gdyby tak np. moja skromna osoba miała postawiony zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci dajmy na to jakiegoś prezydenta czy jakiegoś premiera, a wcześniej nagadałbym głupot, że to wcale nie ja, tylko jakiś osobnik w białym golfie,  to też cieszyłbym się taką swobodą? Może tak, wszystko zależy od tego, kto byłby tym premierem czy prezydentem.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

O hienie i pani redaktor Olejnik

czwartek, 05 kwietnia 2012 18:04

        „Poseł Ruchu Palikota i redaktor naczelny tygodnika Fakty i Mity Roman Kotliński zamieścił w Gazecie Wyborczej oświadczenie w którym przeprasza dziennikarkę Radia ZET, Monikę Olejnik za to, że nazwał ją m.in. »dziennikarską hieną w spódnicy«” – przeczytałem na Wirtualnej Polsce. Zdaje się, że te przeprosiny były wynikiem ugody pozasądowej, cokolwiek miałoby to znaczyć.


        Pamiętam, że na Lecha Kaczyńskiego, mimo, że był głową państwa można było srać ile wlezie i żadnym sądom to nie przeszkadzało, a tzw. elity, jeszcze piały z zachwytu. Teraz wszystko się zmieniło i biada tym, co powiedzą po adresem któregoś durnia co to siedzi sobie na stołku w Warszawie, że jest ćwok, albo matoł.


        Ale tak naprawdę to czy pani redaktor Monika Olejnik powinna się czuć obrażona i czy pan redaktor (w tym środowisku widać redaktorów jak nasrał, zupełnie jak w portowym mieście… nie napisze czego, bo po co mam się włóczyć po sądach, lepiej czas spędzać w dobrym towarzystwie niż złym) ma za co przepraszać? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, sięgnijmy do informacji o hienie zawartej na portalu Wiem i porównajmy sobie hienę z panią redaktor Olejnik. Domyślam się bowiem, że w ugodzie pan Kotliński przepraszał raczej za słowo „hiena” niż „spódnica”, co znakomicie ułatwi mi sprawę, bo tak naprawdę to nie wiem czy pani Olejnik chodzi w spodniach, sukience czy spódnicy, a to dlatego, że nie interesują mnie kobiety w jej wieku i nie przyglądam się im. Definicję hieny wezmę z portalu Wiem, dlatego, że jest pod ręką, a definicja na Wikipedii, z której chciałem pierwotnie skorzystać po pierwsze rozróżnia kilka gatunków (czy jak to tam się fachowo nazywa) hien, a nie wiem jaki gatunek miał na myśli pan redaktor Kotliński, a po drugie zawiera szereg informacji, których sprawdzenie byłoby kłopotliwe, np. takie, że kopulacja u hieny cętkowanej trwa od 4 do 12 minut. Ile trwa kopulacja u Moniki Olejnik tego nie wiem, a sprawdzał nie będę, jak już wspominałem stare baby nie budzą mojego zainteresowania. Zresztą, w tym wypadku nie wchodzi w grę tylko poważny już wiek byłej studentki zootechniki, ale i jej tembr głosu, który trudno uznać za inny niż nieprzyjemny. Pozostańmy więc przy informacjach zawartych na wspomnianym już portalu.


        Hiena, podobnie jak pani redaktor Olejnik, jest ssakiem, więc tu nie ma za co się obrażać. Są zaliczane do rzędu drapieżnych. Ale i człowiek odżywiania się mięsem zwierząt, które to zwierzęta w tym celu są uśmiercane, więc i tu nic obraźliwego nie znajdziemy. „Sylwetką przypominają psy. Kończyny przednie dłuższe od tylnych, przez co linia grzbietu opada ku tyłowi ciała”. U pani redaktor Olejnik zdaje się, że jest, a przynamniej powinno być, odwrotnie. Jednak zauważmy, że człowiek na czworakach, szczególnie z dużej odległości, może przypominać zwierzę chodzące na czterech łapach np. psa, choć w tym wypadku powinniśmy mówić raczej o suce. „W kończynach po 4 palce, zakończone tępymi pazurami”. U człowieka jest po pięć palców, u pani redaktor pewnie też. Tu jest różnica, ale znowu nie taka wielka. „Hieny posiadają wyjątkowo mocne uzębienie pozwalające na kruszenie kości”. Przypuszczenie, że ktoś ma tak mocne zęby chyba nie może być powodem obrazy. Idźmy więc dalej.


        „Pożywienie stanowi głównie padlina, drobne kręgowce, rzadziej polują (zespołowo) na duże ssaki, zjadają także odpadki w pobliżu ludzkich osiedli”. Ludziom, gdy znajdą się w trudnej sytuacji z braku czegoś lepszego też przytrafia się odżywiać padliną i odpadkami. Bear Grylls co to w zagranicznym telewizorze mówi jak przetrwać, wspominał kiedyś, że w podbramkowej sytuacji można i trochę uszczknąć padliny, a w swojej książce zamieścił zdjęcie, na którym to zajada się padliną zebry. Gotowość do odżywiania się padliną jest raczej powodem do dumy, świadczy bowiem o większych zdolnościach do przeżycia w razie konieczności walki o przetrwanie, a za to przecież trudno się obrażać. „Prowadzą przeważnie nocny tryb życia. Zamieszkują tereny otwarte, rzadziej spotykane w zaroślach lub lasach. Zasięgiem występowania obejmują dziś Afrykę oraz południowo-zachodnią Azję; jeszcze w plejstocenie hiena jaskiniowa (Crocuta spelaea) zamieszkiwała także tereny Polski.” Nie wiem jaki tryb życia prowadzi pani redaktor Olejnik, a że występuje na terytorium Polski podobnie jak niegdyś hiena jaskiniowa tego to już jestem pewien.


        „Ciąża trwa 90-125 dni, w miocie jest 1–6 ślepych, niedołężnych młodych”. I tu jest zasadnicza różnica! Ciąża w kobiet trwa ok. 9 miesięcy! Wygląda na to, że o to właśnie poszło: ile trwała ciąża pani redaktor a ile hieny! I jak tu nie przyznać racji pani Olejnik, nazwanie jej hieną w spódnicy jest rzeczywiście obraźliwe. Żeby jakiś złośliwiec nie pomyślał, że obraźliwe dla hien to zaznaczę z cała mocą, że jest obraźliwe dla pani redaktor Olejnik!


        Ale wróćmy do artykuliku na Wirtualnej Polsce i czytajmy: „Wcześniej Klub Ruchu Palikota zajął się m.in. poświęconą Monice Olejnik publikacją pisma Fakty i Mity pt. Stokrotka. Po posiedzeniu klubu przesłano mediom oświadczenie: »Klub Ruchu Palikota oraz Roman Kotliński osobiście wyraża ubolewanie, że w konflikcie personalnym między Romanem Kotlińskim a Moniką Olejnik doszło do użycia argumentów dotyczących rodziny pani redaktor«.” I dalej: „Jednocześnie podkreślono, że »Ruch Palikota jest stanowczo przeciwny takim metodom i zapewnia, że nigdy w przyszłości nie będzie poruszał takich spraw w debacie publicznej«. Dodano, że wyrazem determinacji Ruchu jest wniosek o likwidację IPN-u.”


        Doprawdy nie wiem co ma wspólnego „Stokrotka”, pani redaktor Olejnik, jej rodzina i IPN, który jak już wiadomo trzeba zlikwidować.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

O śledztwach właściwych i niewłaściwych

niedziela, 01 kwietnia 2012 13:41

Mam wrażenie, że zawsze gdy zaczyna się mówić w telewizorze o likwidacji IPN, to zaraz pracownik Instytutu wynajduje sobie śledztwo a to w sprawie śmieci gen. Władysława Sikorskiego, a to prezydenta Stefana Starzyńskiego, a to nawet, mimo, że tam nikt po włosku nie gada to wymyślają sobie analizować tysiące stron dokumentów przekazanych przez Włochów z ich śledztwa w sprawie zamachu na papieża. Wiadomo, tego co prowadzi TAKIE śledztwa nie wypadałoby zwolnić, a gdyby zwolniono, to zaraz stałby się męczennikiem, dzięki czemu miałby szanse wskoczyć na kolejny dobrze płatny stołek.


        Ile te śledztwa dały? Chyba niewiele, skoro w świetle kamer skończyło się na uszyciu munduru zwłokom gen. Sikorskiego i stwierdzeniu licznych złamań, podobno charakterystycznych dla wypadku komunikacyjnego. Jak naprawdę powinna wyglądać praca historyka pokazał Dariusz Baliszewski, który w programie pokazanym w telewizorze przedstawił to, co mniej więcej wydarzyło się w Gibraltarze i padał nawet nazwiska zamachowców. Ale aby dokonać takich ustaleń trzeba żmudnego, trwającego ogromną ilość czasu przedzierania się przez archiwalia, szukać w tysiącach stron dokumentów jednego, czasem dwóch, trzech zdań, które mogą rzucić światło na „katastrofę gibraltarską”, docierać do świadków, dzienników i innych źródeł. Kogo na to stać i przede wszystkim jakież to mało medialne! Ale tak powinna wyglądać praca historyka. Zdaje się, że historycy znad Wisły, ci z telewizora to raczej kombinują jak to do stołka dopaść, jak tu się bardziej niż inni władzom podlizać, jak tu na grancie zbić fortunę, jak tu swoją mordę w telewizorze pokazać, jak to załapać się na felieton w jakiejś Polityce czy czymś podobnym, słowem jak to nic nie robić, a mieć gruby szmal.


        Ale do rzeczy. Z artykułu na Wirtualnej Polsce pt. Polacy gwałcili i mordowali Żydówki – śledztwo IPN dowiedziałem się, że „pion śledczy IPN w Białymstoku wszczął śledztwo dotyczące mordu dwudziestu kobiet pochodzenia żydowskiego w Bzurach k. Szczuczyna (Podlaskie) w 1941 roku. Chce między innymi ustalić sprawców, którzy po wojnie nie byli za tę zbrodnię osądzeni”. O sprawie napisała niezawodna w takich wypadkach Gazeta Wyborcza, „która cytuje Barbarę Engelking z Centrum Badań nad Zagładą Żydów Instytutu Filozofii i Socjologii PAN” (czego to ludzie nie wymyśla, żeby się nachapać!). „Zapoznała się ona z aktami sądowymi sprawy z 1948 roku, dotyczącej zbrodni w Bzurach. Engelking mówi gazecie, że w aktach mowa jest o co najmniej sześciu mężczyznach, którzy zabili kobiety. Tylko jeden z nich stanął wówczas przed sądem. Został skazany na więzienie. Zmarł w 1957 roku. Z materiałów archiwalnych wynika, że kobiety zostały wywiezione do lasu dwiema furmankami. Tam był już wykopany dół. Kobiety były bite kijami (pałkami), których końcówki były okute metalem. Przed zabójstwem, dokonanym w lesie, kilka z nich zostało zgwałconych”.


        „Prowadzący śledztwo prokurator IPN Radosław Ignatiew powiedział, że po wojnie co do niektórych sprawców toczyły się postępowania sądowe i zapadły wyroki. W latach 60. ubiegłego wieku sprawą zajmowała się też Okręgowa Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Teraz pion śledczy IPN chce ostatecznie ustalić, czy jacyś sprawcy nie zostali osądzeni, poszuka też żyjących świadków wydarzeń w Bzurach, by ustalić rzeczywiste okoliczności mordu. Jednym z celów śledztwa jest też ustalenie personaliów ofiar” – tyle WP.

        Wydaje się więc, że wszystko idzie w dobrą stronę, ale czy na pewno? Pion śledczy IPN poniósł już wiele porażek, mimo, że sprawy były ewidentne. Było tak np. gdy prokurator IPN oskarżył o udział w zbrodni komunistycznej Wacława Krzyżanowskiego. Prokurator Wacaław Krzyżanowski w 1946 r., podczas procesu Danuty Siedzikówny ps. „Inka”, sanitariuszki służącej w V Wileńskiej Brygadzie Armii Krajowej dowodzonej przez majora Zygmunta Szendzielarza, ps. „Łupaszka”, zażądał dla niespełna 18 letniej dziewczyny karę śmieci. Wyrok wykonano. Wszystko było czarno na białym, nic tylko wpakować dziadygę do pierdla, ale nic z tego nie wyszło, dalej pan prokurator zasłużony w utrwalaniu władzy ludowej hasa sobie na wolności. A skoro jesteśmy już przy Ince, to warto przypomnieć, że jej mamę zamordowali gestapowcy w 1943 r., ale domyślam się, że tego typu zbrodni IPN nie ma możliwości ścigania, bo wiadomo, Niemcy to wiodący naród w Unii Europejskiej i jakby to wyglądało, że jakaś Warszawa chce, żeby Niemcy wydały swojego obywatela celem osądzenia go za popełnioną zbrodnię. Z Polakami jest sprawa znacznie łatwiejsza.

        Sprawa realnego ukarania winnych mordu w Bzurach jest tym bardziej trudna, że ci, którzy popełnili zbrodnię pewnie są już stareńcy, podobnie jak np. generał Wojciech Jaruzelski, którego sąd ani myśli sądzić, bo wiek i stan zdrowia generała już nie pozwala, aby zamęczać go procesami. I chyba właśnie dlatego, że od wojny i czasów stalinowskich minęło już tak wiele lat, to o ile się nie mylę IPN nie prowadzi śledztw w sprawie bojówek złożonych z Żydów, których celem było mordowanie Polaków, którym przypisali wydawanie Żydów Niemcom w okresie okupacji, a o których to bojówkach pisał Marek Jan Chodakiewicz w pracy Po zagładzie. Stosunki polsko-żydowskie 1944-1947. Przyjmijmy jednak optymistyczną wersję, że jednak sprawcy mordu w Bzurach trzymają się jeszcze dziarsko jak taki np. generał Czesław Kiszczak i będzie można ich osądzić. Należy jednak spodziewać się, że żadnej kary nie poniosą (wyrok w zawieszeniu to żadna kara), bo skoro generał Kiszczak za udział w związku przestępczym o charakterze zbrojnym, który wprowadził stan wojenny, w czasie którego zginęło kilkakrotnie więcej osób niż w Bzurach, dostał „zawiasy”, to ci, w najlepszym przypadku też otrzymają wyroki w zawieszeniu. Trudno więc tu mówić o jakiejkolwiek karze.  Wygląda na to, że jedynym namacalnym efektem tego śledztwa będzie potwierdzenie twierdzeń propagandy przypisującej Polakom współwinę za holocaust (ręka w rękę z nazistami) i o to chyba chodzi.

        Zamiast zakończenia cytat z Wikipedii: 26 września 1991 r. został przedstawiony Sejmowi tzw. raport Rokity, w „którym członkowie komisji uznali, że spośród 122 niewyjaśnionych przypadków zgonów działaczy opozycji aż 88 miało bezpośredni związek z działalnością funkcjonariuszy MSW. Ustaliła też nazwiska ok. 100 funkcjonariuszy MSW i urzędników prokuratury, podejrzanych o popełnienie przestępstw, związanych z 91 przypadkami zgonów, z których żaden nie został pociągnięty do odpowiedzialności do dnia dzisiejszego”. Nawet jeśli ktoś przy przepisywaniu informacji coś pokręcił, to jest kogo tropić, kogo oskarżać, kogo zamykać do ciupy tylko kto miałby na to odwagę?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Artykuł w Opcji na Prawo

piątek, 30 marca 2012 23:03

Miesięcznik Opcja na Prawo opublikował artykuł mojej skromnej osoby pt. Nienawiść do żołnierzy wyklętych wiecznie żywa.

http://www.opcjanaprawo.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=4127:nienawi-do-onierzy-wykltych-wiecznie-ywa&catid=212:nr-4124-kwiecie-2012-r&Itemid=8


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Koniec cyrku

czwartek, 29 marca 2012 23:18

Wygląda na to, że cyrk odstawiany przez pana premiera Donalda Tuska z PO, która teraz robi za PZPR i pana wicepremiera Waldemara Pawlaka z ZSL dobiegł końca, dzięki czemu Polacy będą pracować dłużej, do 67 roku życia. Pewnie moi rodacy ucieszyli się, że w rządzie zapanowała zgoda, a nie jest tak, jak za czasów, gdy premierem był Jarosław Kaczyński, kiedy to nie tylko wszystko było ze wszystkim skłócone, to jeszcze była duszna atmosfera. Jak tu rządzącym nie żal nauczycieli, którzy teraz będą musieli tyrać po te 4 godziny dziennie do 67 roku życia? I Karata Nauczyciela na to pozwala?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Skazani na śmierć przez III RP

sobota, 17 marca 2012 23:08

Z telewizora dowiedziałem się, że winę za wzrost cen, m. in. jajek ponoszą spekulanci. Zupełnie jak w czasach stalinowskich. Czas mija a władze zawsze za skutki swojej głupoty, nikczemności, idiotycznych ideologicznych pomysłów zrzucają na obywateli. Ceny jajek to jakoś przeżyjemy. Gorzej, że władze uważają, że to ludzie są winni, że służba zdrowia ich nie leczy, no bo więcej ludzi ośmiela się chorować niż władze przewidziały to w limitach. Chorzy na raka muszą więc czekać miesiącami na kuracje. Zanim się doczekają u przynajmniej części z nich choroba rozwinie się do tego stopnia, że nie będzie można im już pomóc. Tu żartów nie ma. Ileś z tych osób umrze. Mówiąc wprost jakiś urzędnik z Narodowego Funduszu Zdrowia skazał ich na śmierć, tak jak gestapowiec w Auschwitz skazywał na śmierć w komorze gazowej tych ludzi, którzy według niego nie nadawali się do pracy. Inni zanim zostali zamordowani musieli jeszcze popracować dla Niemiec. Ciekawe, że są ogromne sumy na utrzymanie NFZ, Ministerstwa Zdrowia, którego szefem jest lekarz!, na limuzyny, na premie, na trzynastki, a nie ma na leczenie chorych.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

O soli, bydle i ubojni

poniedziałek, 12 marca 2012 22:05

Proszę, pomimo, że od lat obowiązują u nas normy europejskie, które miały sprawić, że Polska stanie się rajem na ziemi (może i jest ale dla armii urzędasów) okazuje się, że od dziesięciu lat zajadamy się solą służącą do sypania na drogi, żeby rozpuściła śnieg. Co więcej, okazuje się, że ludziom znad Wisły taka sól nie szkodzi ani trochę, co „potwierdziły” wyniki badań próbek soli. Niemcom zapewne by szkodziła, bo wiadomo Niemiec to Niemiec a nie taki Polak.

Nie wiem skąd wzięli próbki soli sprzed dziesięciu lat. Trudno uwierzyć, aby je ktoś przezornie przechowywał. A zresztą, czego ja się czepiam, przecież jak rolnik wrzuci bydłu do żłobu trochę przeterminowanej paszy to przecież nie będzie się z tego przed bydłem tłumaczył. Mają żreć, a jak się nie podoba to do ubojni. Taka nasza rola w III RP, w środku Europy, w Unii Europejskiej.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

O przedsiębiorcy, który nie użył obucha

piątek, 09 marca 2012 0:15

Z telewizora dowiedziałem się, że przedsiębiorca, żeby wziąć udział w przetargu organizowanym przez instytucje państwowe, samorządowe itp. musi przedstawić zaświadczenie, że nie zalega z opłacaniem składek dla ZUS. Ale to nie jest najważniejsze. Oto bowiem okazało się, że pewien przedsiębiorca mimo, że zapłacił składki dla ZUS, miał w ręku druczki to potwierdzające, to jednak na „jego koncie” w ZUS nie było pieniędzy. W związku z tym ZUS kazał mu zapłacić ponownie te składki, których rzekomo nie opłacił, oraz a jakże!, odsetki.

        W tej sytuacji żadnej gwarancji nie ma, że powtórne zapłacenie składek by coś w tej sytuacji zmieniło. Skoro raz można ukraść pieniądze to można i drugi i dziesiąty. I tak do końca życia przedsiębiorca wpłacałby składki ZUS-owi, a ci by gadali, że pieniędzy nie ma na „jego koncie” i dowalaliby za każdym razem karne odsetki.

        W normalnym państwie w całe to zamieszanie wkroczyłaby policja i wyprowadziła w kajdanach tego złodzieja, czy złodziei zatrudnionych w ZUS, którzy ukradli te pieniądze. Ale u nas na to nie można liczyć. Sprawę nagłośniła telewizja w związku z czym okazało się, że jednak wpłacane pieniądze trafiły do ZUS. Ale, jak to podobno mówił Feliks Dzierżyński, nie ma ludzi niewinnych, ZUS zaraz odkrył, że ów nieszczęśnik winny jest ZUS-owi parę tysięcy z innego powodu.

        Jak tu nie wziąć obucha do ogłuszania świń. Wtedy by człowiek miał i domniemanie niewinności i obrońcę z urzędu… żyć nie umierać!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

O pensji redaktora Lisa

środa, 07 marca 2012 18:12

        Z Wirtualnej Polski dowiedziałem się, że średnia płaca w telewizji publicznej w 2011 r. wyniosła 6,9 tys. zł brutto, a nawet, że „rozpiętość zarobków w TVP jest wręcz szokująca - od 925 zł miesięcznie dla jednego z pracowników OTV Olsztyn (znacznie poniżej ustawowej płacy minimalnej) do 57 044 dla jednego z dziennikarzy OTV w Poznaniu”.


        Tego samego dnia na WP można było przeczytać, że dziennikarze Gazety Polskiej dotarli do kontraktu firmy reprezentującej interesy redaktora Tomasza Lisa, który to każdego tygodnia tresuje telewidzów swoimi programami i okazuje się, że realizacja jednego odcinka show prowadzonego przez Tomasza Lisa kosztuje telewizję 300 tysięcy złotych. A sam Tomasz Lis dostaje za jeden występ 20 tysięcy złotych, co wychodzi, że cały ten cyrk miesięcznie kosztuje telewizję ponad milion złotych i ponad 12 milionów złotych rocznie.


        Trudno się więc dziwić, że władze telewizji kombinują jak tu wydusić z ludzi pieniądze pod pretekstem opłaty za abonament skoro mają takie wydatki. Raz chcą, żeby opłata abonamentowa była doliczana do rachunku za prąd, ale to chyba byłoby jeszcze za mało, skoro można przeczytać też o pomyśle, aby wysokość abonamentu była uzależniona od liczby osób należących do gospodarstwa domowego. Prędzej czy później płacić chyba będą musieli wszyscy nawet ci, którzy nie tylko telewizji publicznej, ale i żadnej telewizji nie oglądają, ale przecież nie będą żałować tego wydatku skoro pieniądze pójdą m. in. na tak szczytny cel jak pensja dla wielokrotnie nagradzanego redaktora Lisa.


        W pierwszy wypadku, aby uniknąć bogacenia tych wszystkich darmozjadów z telewizji należałoby zrezygnować z prądu i siedzieć jak za dawnych czasów o świeczce. W drugim; uciec do lasu i nie pokazując się nikomu na oczy żyć o grzybkach i korzonkach. A tak miało być dobrze w tej Unii Europejskiej, miało być nawet lepiej niż za Gierka, dla każdego miało wystarczyć dotacji, a nawet urzędnicy mieli prosić się ludzi, aby ci łaskawie przyjęli dotacje. A jak przyszło co do czego, to jemy sól przeznaczoną do sypania na drogi i władze mówią, że ludziom znad Wisły to nie szkodzi.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

O testamencie noblistki i Józefie Stalinie

wtorek, 06 marca 2012 19:08

        „Ustanowienie fundacji to główny zapis w testamencie Wisławy Szymborskiej - poinformował mec. Marek Bukowski. Celami fundacji mają być m.in. opieka nad spuścizną i archiwum autorki, utworzenie i dysponowanie funduszem nagród literackich. O godz. 10.30 w kancelarii notarialnej przy ul. Radziwiłłowskiej otwarto testament zmarłej noblistki. Statut fundacji został ułożony jeszcze za życia poetki, pod jej okiem” – doniosła Wirtualna Polska.

        Najbardziej z tego wszystkiego interesują mnie te nagrody literackie. Może gdybym napisał jakiś hymn pochwalny na cześć Józefa Stalina, to dałbym radę wygrać ów konkurs.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

O pani minister sportu i językoznawstwie

czwartek, 01 marca 2012 18:50

        Leżącego się nie kopie (chociaż tak naprawdę to pani minister wcale nie leży tylko ubiera się i żre za nasze podatki), więc powinienem oszczędzić sobie trudu pisania o pani minister sportu. Chciałem w tym miejscu napisać jak się owa pani minister sportu nazywa, ale przeląkłem się tego, że mógłbym popełnić błąd w odmianie nazwiska Joanny Muchy, tym bardziej, że pani Mucha preferuje, przynajmniej w niektórych przypadkach, swoisty sposób odmiany rzeczowników. Oto bowiem jak donosi politykier.pl panu redaktorowi Tomaszowi Lisowi, który zapytał ją jak się ma do niej zwracać, odpowiedziała: „preferuję pani ministro, jeżeli można poprosić”. Jak zauważył wspomniany portal, Mucha wybrała formę „bardziej feministyczną”.


        Tak krawiec kraje jak mu materii staje, mówi przysłowie. Pani Mucha już nie tylko biega wokół stadionu, zmienia uczesanie ale i dokonuje zmian w języku polskim. Toż to sam Józef Stalin zajmował się językoznawstwem, napisał ponoć książkę na ten temat. Doceniam więc wkład pani minister w tworzenie nowomowy w Polsce, w końcu ileż wiedzy i odwagi trzeba, aby podjąć próbę rozwinięcia nauki, którą zajmował się sam „Wielki Językoznawca” . Wszystko to wskazuje, że pan premier posiada w swoim rządzie osobę nie tylko nie pozbawioną pazerności na stołek, ale i ambicji.


        My tu o dokonaniach pani minister sportu, a w miasteczku, w którym mieszkam przy stadionie nie ma ani jednej toalety, z której mogliby skorzystać kibice, co ma swoje przykre konsekwencje i jedyna na świecie „pani ministra sportu” nic z tym nie robi. A przecież taki świetny fachowiec jak ona raz dwa rozwiązałaby ten problem, a do tego całkiem możliwe, że dowiedzielibyśmy się jak „po feministycznemu” nazywa się kibel.


        No cóż… ministrowie są tylko figurantami na stołkach. Mają pokazywać swoje gęby (dobrze, że jeszcze nie cztery litery, co akurat w wypadki Joasi byłoby do zaakceptowania, ale pomyślcie państwo jakie spustoszenia na korytarzach sejmowych, ulicach i przed telewizorami wywołałoby mianowanie na ministra pana Annę Grodzką), dostają limuzyny, sekretareczki, mogę decydować czy napiją się kawy czy herbaty, mogą nawet poczuć się ważni dopóki ktoś im nie przypomni skąd im nogi wyrastają, a w ministerstwie cichutko, z dala od kamer i błysku flaszy działają ci, którzy tak naprawdę rządzą tym kramem, a przy okazji jeszcze lodów nakręcą.

        Niech ich tam wszystkich…


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

O emeryturach i nikczemności rządzących

poniedziałek, 27 lutego 2012 21:26

Pan premier Donald Tusk zamierza „zrównać” wiek emerytalny obowiązujący w Polsce do 67 lat. Słowo „zrównanie” brzmi całkiem dobrze z propagandowego punku widzenia, a to dlatego, że znacznej części ludzi, może nawet większości, kojarzy się ze sprawiedliwością (wszystkim po równo). Ale tak naprawdę chodzi o podwyższenie wieku emerytalnego, dzięki czemu część ludzi nie dożyje szczęśliwej chwili, gdy ZUS zacznie mu wypłacać emeryturę i państwo sobie na nich zaoszczędzi, a inni będą pobierać emerytury krócej i też państwo sobie na nich zaoszczędzi.


        Podwyższenie wieku emerytalnego dotyczy nie tylko tych, którzy rozpoczną prace, ale i tych, którzy już pracują. Wyjątkiem jest oczywiście policja (może nawet wszystkie „służby mundurowe”, tego nie wiem), tu tylko nowo zatrudnieni będą musieli dłużej czekać na emerytury, bo obecnie pracujący policjanci mają „prawa nabyte” zupełnie tak jak generał Czesław Kiszczak. Ale mniejsza z Kiszczakiem, czego ja się staruszka czepiam, już reaktor Adam Michnik w swoim czasie powiedział „odpieprzcie się od generała” co też czynię.


        Wychodzi na to, że zwykły człowiek nie ma praw nabytych. Może i tak, ale czy to sprawiedliwe, żeby nagle ludziom kazać dłużej pracować? Gdy zaczynali pracować, ZUS przydzielał, pisząc w największym uproszczeniu, pomijam bowiem wcześniejsze emerytury itp., emerytury mężczyznom, gdy ci dożyli 65 roku życia i kobietom, gdy dożyły sześćdziesiątki. Nikt nie mówił, że to się może zmienić. Na podstawie takich informacji podejmowali swoje życiowe decyzje, a przynajmniej mogli podejmować. Jeden powiedział: nie będę zomowcem, żeby mi nie opowiadali kawału o człowieku, który dał głoszenie do gazety: „Zamienię syna zomowca na córkę, może być kurwa”, przemęczę się do tych 65 lat (chociaż tak naprawdę to zwykły człowiek, przynajmniej w czasach, gdy kończyłem szkołę średnią, miał niewielkie szansę na pracę w policji, bez „poparcia policji”), drugi, nie będę dawał łapówki za stopień i stołek urzędniczy w wojsku, będę tyrał do 65 roku życia, itd. itd. A teraz, nagle władze podnoszą wiek emerytalny i jeszcze mówią, że będzie lepiej i to w środku Unii Europejskiej, tego tak zachwalanego przez polityków raju na ziemi, gdzie dotacji miało dla każdego wystarczyć, a nawet urzędnicy mieli chodzić i prosić, żeby ktoś łaskawie dotacje przyjął. Nie wiem, czy pilot np. LOT-u w wieku 67 lat będzie mógł dobrze wypełniać swoje obowiązku, albo górnik w wieku 67 lat, maszynista w wieku 67 lat, albo kierowca tira. Bo chyba 67 letnia kobieta na kasie w supermarkecie, albo 67 letnia nauczycielka, albo 67 przedszkolanka jakoś dadzą sobie radę.


        A swoją drogą nie wiem dlaczego my wszyscy musimy składać się na wcześniejsze emerytury, o ile się nie mylę, dla maszynisty pracującego w prywatnej firmie, bo tak naprawdę to coraz więcej ZUS-owi „dopłaca” budżet państwa, a więc my wszyscy. Rozumiem, że ze względów bezpieczeństwa przepisy zabraniają prowadzić pociąg ludziom starszym niż dajmy na to 55 czy 60 lat. Ale to jeszcze nie powód, żeby człowiek w tym wieku otrzymywał emeryturę podczas gdy ludzie w innych zawodach muszą przepracować o wiele dłużej. Niechby to jakoś uregulował rynek, np. firmy, aby przyciągnąć chętnych do zawodu, z którego będę musieli odejść zanim będę otrzymywać emerytury od ZUS, musiałyby płacić maszynistom wyższe pensje, aby ci mogli sobie odkładać i spokojnie przebimbać między 55 czy 60 rokiem życia a chwilą, gdy zaczną dostawać emeryturę, albo kończąc pracę maszyniści otrzymywaliby od pracodawcy odprawy, dzięki, którym mogliby podjąć działalność gospodarczą, albo zdobyć nowy zawód, albo firma wypłacałaby im rentę czy coś podobnego. Dlaczego nie? A tak jak jest to my wszyscy dopłacamy do biznesu przewoźnika kolejowego. Takich zawodów, w których odchodzi się na wcześniejsze emerytury jest całkiem sporo. A to wszystko nas kosztuje.


        Tymczasem jesteśmy gnębieni kolejnymi obciążeniami finansowymi, a jest nas coraz mniej, a urzędasów i tych wszystkich co żerują na państwowej i samorządowej kasie jest coraz więcej, więc siłą rzeczy pieniędzy brakuje, tym bardziej, że oni chcą żyć pełną gębą, dwoma tysiącami żaden się nie zadowoli. Ja tam dwóch tysięcy nigdy w życiu w ciągu miesiąca nie zarobiłem i jakoś żyję, jak dziad, ale żyję!


        A skoro żyję, to nieco mniej nikczemni rządzący niż ci, których mamy pomyśleliby, że mogliby na mnie zarobić, i to wcale nie tak, że naliczą mi za sprzedaż paru przedmiotów na allegro podatek i dowalą zaległe odsetki, ale pozwalając mi zarabiać pieniądze i nie gnębiąc mnie durnymi pomysłami urzędników, a zysk opodatkować w taki sposób, aby to opodatkowanie nie obierało sensu pracy, tak jak jest teraz. Sam, nawet gdybym chciał, finansów państwa bym nie uratował, ale zdaje się, że bezrobotnych jest bez liku, a do tego cześć ludzi ukrywa swoje dochody, a to dlatego przynajmniej w części przypadków, że gdyby nie ukrywało, to ich praca strąciłaby sens, bo tak wiele zabierałoby państwo, albo dlatego, że omijają przepisy, bo inaczej się nie da. Bezrobotni raczej nie są szczególnie przedsiębiorczy, inaczej nie byliby bezrobotnymi, ale ci, którzy radzą sobie z własną działalnością gospodarczą, mniej obciążani przez fiskus i durne pomysły urzędasów, pewnie zaczęliby działać z większym rozmachem i to wcale nie z humanitarnych powodów, ale z chęci zysku, a część aby mieć ten zysk większy zatrudniłaby pracowników, jedni swego pierwszego pracownika, inni kolejnego, dzięki czemu więcej by osób pracowało i więcej płaciło podatki i więcej pieniędzy wpływało do tego ZUS-u i dzięki temu może dałoby się wypłacać ludziom w wieku 65 i 60 lat zapracowane przez nich emerytury.


        Wniosek jest prosty, skoro państwu brakuje pieniędzy, to trzeba stworzyć taki system, w którym opłaca się pracować, bez strachu, że przyjdzie nagle urzędnik, wszystko zabierze i jeszcze powie, że jesteśmy dalej grubą forsę winni państwu, dzięki czemu ludzi by bogacili się, a państwo miało pieniądze. A jakby już zarobili trochę pieniędzy to może by nawet pożenili się i mieli dzieci, które by później pracowały itd. itd. A jakby nasi emigranci zobaczyli, że nad Wisłą też da się już godnie żyć, to może by wrócili i zasilili państwo swoimi podatkami i tak dalej i tak dalej.


        Ale jedynie słuszna prawda jako obowiązuje w UE jest taka, że kryzys spowodowało unikanie przez ludzi płacenia podatków i praca na czarno (większej bredni już nie mogli chyba wymyślić!). Więc wyduszają z nas coraz więcej, już nawet w niektórych miastach wymyślili podatek od wody deszczowej co spływa z dachów prywatnych domów (Iwan Groźny wprowadził podatek od koloru oczu i posiadania brody, ale zdaje się, że urzędnicy w III RP przebili już w pomysłach na wyduszanie z ludzi pieniędzy władcę z Moskwy), a to do niczego dobrego nie prowadzi.


        Ciekawe, że państwo stać na zatrudnianie armii urzędników, która podobno powiększa się o 40 dziennie, stać na wymyślenie im jakiegoś zajęcia co też słono kosztuje i stać na te wszystkie biura, komputery, drukarki, telefony i szlag wie co jeszcze, a nie ma, żeby wypłacać ludziom zapracowane przez nich emerytury, tzn. dla większości nie ma bo dla niektórych jest np. dla generała Czesława Kiszczaka, od którego to Adam Michnik w swoim czasie kazał się odpieprzyć, a to pewnie dlatego, że oni postępują według zasady, skoro nie starczy dla wszystkich, to niech wystarczy chociaż dla nas. Eee… chyba zbyt wysoko ich oceniłem. Oni raczej myślą tak: bydło służy do roboty… żeby nam żyło się dostatniej!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Doktorzy Mengele w akcji

poniedziałek, 20 lutego 2012 0:12

        Ostatnio zaniedbywałem wrzucania na stronę nie tylko artykułów, ale i krótkich komentarzy, a to dlatego, że byłem niezdrów. Zresztą, co z tego, że człowiek pisze te różne teksty, skoro i tak sytuacja w Polsce staje się z dnia na dzień coraz gorsza.


        Jak kiedyś pisałem, mimo, że poszedłem zarejestrować się do Urzędu Pracy, to jednak obawiam się pójść do medyka, a to dlatego, żeby mi nie dosolili jakichś z księżyca wziętych kosztów, jakie to niby służba zdrowia ponosi z tego powodu, że ktoś udał się do medyka, a składki za niego nie opłacał ani on sam, oni pracodawca, ani urząd pracy. Dostałem bowiem ze wspomnianego urzędu, aż dwa pisma: w jednym napisali, że zostałem zarejestrowany, a w drugim, z późniejszą datą, że zostałem wykreślony spośród osób bezrobotnych. Pozostało mi więc leczenie się w sposób tradycyjny. Jeszcze trochę i w razie choroby zacznę odwiedzać owczarza, żeby mi choroby zamówił, tak jak czynili ludzie sto, dwieście i pięćset lat temu. Nie ma co, w Unii Europejskiej postęp przybiera zastraszające rozmiary! Proponuję, żeby urząd pracy zatrudnił jeszcze więcej nierobów do przekładania kartek z lewej strony na prawą, a z prawej na lewą, dzięki czemu może dostałbym i trzecie pismo, które by mi w końcu coś wyjaśniło. A w dodatku bezrobocie by się zmniejszyło. Ale mniejsza z tym.


        Bo tak właściwie, to co mi da to, że pójdę do medyka? Oczywiście, że nic. Bo jaki interes ma lekarz, albo lekarka w tym, żeby mnie wyleczyć? Naturalnie, że żaden. Pensję dostają niezależnie od tego czy mnie wyleczą czy ukatrupią. Odwiedzenie więc medyka niczego nie gwarantuje. A swoją drogą podobno Rzecznik Paw Pacjenta, czy jakaś inna cholera pasąca się za nasze podatki, dostaje mnóstwo skarg od pacjentów, że lekarze są gburowaci, burczą coś sobie pod nochalami i niczego nie można się od nich dowiedzieć o swoim stanie zdrowia. Wiem, że takie przypadki zdarzają się, bo sam się z tym kiedyś spotkałem. Przeglądałem też kiedyś regulamin jednego ze szpitali zbudowanego za „pieniądze Unii Europejskiej” i wynikało z niego, że lekarz nie ma obowiązku informować pacjenta o jego stanie zdrowia, no chyba, że pacjent ma szczęście mieć mniej niż 18, czy 16 lat! A gdzie wybór lekarza, a gdzie prawo do konsultacji z innym lekarzem, a gdzie prawo do wyboru kuracji?! Widać więc, że dla urzędników nasze zdrowie przestało być naszą sprawą. Najgorsze, że nie wiadomo, czy urzędnik z NFZ pozwala takie, a takie przypadki leczyć, czy tylko nakazuje zachować pozory leczenia, aby delikwent bez oporów, zbędnego zamieszania, estetycznie, bez krzyków i dramatycznych scen a przede wszystkim tanio zszedł z tego świata. Zupełnie tak jak w Auschwitz, gdzie stał na bocznicy kolejowej esesman i nie pytając nikogo o nic rozdzielał, kto nadaje się do pracy (czyli na kim państwo może jeszcze zarobić), a kogo należy szybko i tanio zabić, bo do pracy się nie nadaje. I aby zachować dużą „wydajność” w mordowaniu ludzi esesmani stwarzali pozory, że komory gazowe to tylko łaźnie.


        A tymczasem ta kreatura co porasta łojem w fotelu rzecznika praw pacjenta wymyśliła w swoim skromnym umyśle, że trzeba na studiach medycznych dodać zajęcia, na których przyszli medycy uczyliby się rozmawia z pacjentem! Tak krawiec kraje jak mu materii staje – mówi przysłowie. Ten cały rzecznik pewnie nie wie, że gdy się przyjdzie z tzw. prywatną wizytą, to lekarze od razu są uśmiechnięci, kompetentni, komunikatywni i nawet w kolejce nie trzeba czekać! Kiedyś złamał mi się ząb. Byłem przyjęty przez dentystkę pewnie godzinę po rozmowie telefonicznej z dentystką i po kilku, kilkunastu minutach po przyjściu do poczekalni, bez rejestrowania się, bez zaświadczeń, bez bab w okienku, bez patrzenia na mnie jak na kogoś, kto jest intruzem i przeszkadza w pracy. Zapłaciłem oczywiście za wizytę. Ząb trzyma się dzielnie do dziś.


        I szczerze mówiąc, gdybym ponownie zachorzał to wolałbym zapłacić, żeby lekarka (bo mając wybór wybrałbym lekarkę niż lekarza!) przyjechała do mnie do domu, zbadała mnie, przepisała medykamenty niż przedzierać się przez upokarzające „procedury” „nieodpłatnej służby zdrowia”: najpierw trzeba się zarejestrować, oczywiście można zostać przyjętym dopiero za dwa lub trzy dni od rejestracji. Podobno można wyżebrać wcześniejsze przyjęcie, ale nie mam zwyczaju żebrać u gówniary, która tam robi nie wiem za kogo, pielęgniarkę, urzędniczkę, babę do zbywania pacjentów czy plotkarę? Później trzeba pomimo mrozu, wiatru, dowlec się do tzw. ośrodka zdrowia, czekać na dziadowskim korytarzyku wśród innych chorych (dziękuję, mam już swoje przeziębienie, grypę czy coś tam, nowego choróbska nie potrzebuję), a jak bym miał np. syfilis to zaraz dzięki tym babom co tam zawiadują kartoteką, wiedziałoby o tym pół mieściny. A medycy jak to medycy, płaci im NFZ czy coś podobnego, a nie pacjent więc jeśli starają się leczyć ludzi to chyba z przyzwoitości, współczucia, albo nudów. Ale są też tacy, którzy pytają pacjenta jakie lekarstwo przepisać, a pacjentowi, który nie wie na co jest chory trudno odgadnąć jaki medykament mu pomoże. To niestety autentyczny przypadek z mieściny, w której mieszkam. Jak więc widać wizyta u lekarza, któremu nie płaci pacjent, ale np. NFZ wcale nie gwarantuje, że zaproponowana przez niego kuracja będzie bardziej skuteczna niż np. czosnek, wódka, albo nacieranie się maścią z psa, bo lekarz nie ma żadnego interesu w wyleczeniu pacjenta! Dlatego dziękuję tym wszystkim lekarzom, którzy leczą ludzi, zamiast dla żartu wszystkim chorym przepisywać np. codzienne zażywanie doustne kilograma maści na odciski.


        Władze zadbały, żeby ludzie nie mieli tak dobrze, jakby chcieli. Bo kto to widział, żeby pacjenci w tym „demokratycznym państwie prawa” płacili lekarzom za leczenie zamiast korzystać z dobrodziejstw państwowej służba zdrowia! Centrum im Smitha opublikowało kiedyś raport, z którego wynikało, że zamożność lub bieda społeczeństwa zależy tylko od jednego czynnika: od obowiązującego prawa. Więc za tą biedę, w której żyjemy, w środku Unii Europejskiej, możemy podziękować rządzącym. Władze dbają, żeby ludzie nie mieli za dużo pieniędzy, jak ten żydowski bankier z Ziemi obiecanej Władysława Reymonta - Grosglik, który pracownikom proszącym o podwyżkę wyjaśnił, że jak będą zarabiać więcej pieniędzy to nic dobrego to nie przyniesie, jeden straci pieniądze na loterii, drugi kupi kapelusz żonie itd., więc podwyżki im nie dał. Co więcej, kazał swoim pracownikom płacić za gaz, który zużywali w godzinach pracy na gotowanie herbaty. Więc niestety, raczej nie stać mnie na tzw. prywatne wizyty medyków.


        Wniosek z tego wszystkiego jest taki, że ta cała służba zdrowia, szpitale, lista leków refundowanych, ośrodki zdrowia, NFZ, rzecznik praw pacjentów, ministerstwo zdrowia itd. itd., są po to, żeby pod pretekstem leczenia wydusić z nas pieniądze. Gdyby było inaczej, to np. urzędników w NFZ byłoby jak na lekarstwo i tak często nie słyszelibyśmy o zbiórkach pieniędzy, aby sfinansować dla chorego kurację, której finansowania doktorzy Mengele, czyli urzędnicy NFZ, nie uważają za potrzebną, oczywiście w przeciwieństwie do pacjenta, który przez pół życia płacił składki zdrowotne. Ale już pisałem, że Żydów w niemieckim obozie Auschwitz o zdanie nikt nie pytał, tak jak i nas w III RP nikt o zdanie nie pyta.


        I stąd prośba o wsparcie finansowe dla kilkunastoletniej dziewczyny, która straciła w wypadku nogi. NFZ nie przewiduje dla niej porządnych protez w przeciwieństwie do pensji i premii dla urzędników NFZ, ministerstwa zdrowia, rzecznika praw pacjenta i stada nierobów zatrudnianych przez ten urząd i tak dalej i tak dalej. W telewizorze mówili, że w zbiórkę pieniędzy zaangażował się m. in. fan club FC Liverpool. Fan club na swojej stronie zamieścił link do strony za pośrednictwem której można wpłacić pieniądze (www.siepomaga.pl/r/lfcpolskadlaewy). Proszę informacje tam zawarte potraktować jako dodatkowe wiadomości o potrzebującej i nieszczęściu, zaznaczam, że nie reklamuję tego serwisu, ani też nie biorę odpowiedzialności za jego uczciwość. Siedziałem chwilę przy komputerze i nie znalazłem sposobu przekazania pieniędzy tak, aby cała wpłacona suma została spożytkowana na potrzeby poszkodowanej. Może jednak ktoś obmyśli jakiś fortel, a może warto poświęcić część sumy, w końcu każda wpłata to ryzyko, kto wie, co się z tymi pieniędzmi później dzieje. W tej całej tak bardzo reklamowanej Wielkiej Orkiestrze Owsiaka też czasem zbierający dobierają się do skarbonek, ale ludzi to nie zniechęca do przekazywania datków. Trzeba próbować sobie nawzajem pomagać, bo przecież oni nam nie pomogą.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

O liście Wiśniowieckiego, której nie ma

sobota, 18 lutego 2012 0:09

W telewizorze powiedzieli, że w jakimś mieście ponadawano ulicom imiona bohaterów powieści Ogniem i mieczem Henryka Sienkiewicza. Pominięto jednak księcia Jeremiego Wiśniowieckiego, bo to niby postać kontrowersyjna, niejednoznaczna czy jakoś tak. Można by przypomnieć, że książę na Łubniach i Wiśniowcu uratował wielu Żydów z Zadnieprza przed wyrżnięciem ich przez Kozaków czy też czerni, bo wraz z fraucymerem swojej żony i szlachtą rozkazał odkonwojować ich w bezpieczne rejony Rzeczypospolitej. Kto uratował jedno życie, uratował cały świat - powiada Talmud, a przynajmniej tak mówili, gdy było głośno o filmie Lista Schindlera, dzięki czemu Oskar Schindler został bohaterem pełną gębą. Wygląda na to, że ratowanie Żydów w XVII wieku nie jest zasługą a w latach 40. XX wieku jest. Ciekawe dlaczego. Jednak warto oglądać telewizor, zawsze można czegoś się dowiedzieć.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

piątek, 21 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  15 493